konkursy

Gdy zakwitną konie… (wygraj podręcznik do japońskiego!)

Vlada poznałam na uczelni. Nie wiem, czy Bułgarzy to mruki, ale Vlad niewątpliwie mrukiem był, a na dodatek to podręcznikowy przykład introwertyka. Z tego powodu przylgnęła do niego łatka Vlad, the Optimist (Włodek-Optymista). Jakby miał swoje książkowe alter-ego, bez wątpienia byłby nim Kłapouchy.

Razem z Vladem lubiliśmy spędzać długie wieczory nad brzegiem Zatoki Tokijskiej, załamując ręce nad obecną sytuacją polityczną na świecie (przy kilku puszkach z pobliskiego kombini). Szło nam to całkiem sprawnie. W końcu nasz wspólny, największy, (choć nie bezpośredni) sąsiad regularnie dostarczał nam nowych tematów do rozmowy. Dwójka podpitych introwertyków smęcących o Rosji, Unii Europejskiej i upadku świata zachodniego, to jest to, co nam dobrze wychodziło 😉

podręcznik do japońskiego
Przynajmniej widok zawsze mieliśmy zacny. W kółku – nasz akademik.

Czasem jednak trzeba było wejść w inną rolę, zwłaszcza kiedy ludzi było więcej, albo kiedy udawaliśmy się na jakieś oficjalne spotkanie. Tak było i tym razem. Wraz z wygadaną i elokwentną Dianą mieliśmy spotkać się w pewne popołudnie z wyznaczoną nam japońską host-family (rodziną goszczącą cudzoziemców). W ankiecie, jaką należało uzupełnić przed spotkaniem (Japończycy do wszystkiego muszą mieć sto tysięcy ankiet, przynajmniej jedną „przed” i jedną „po”) napisałam, że chętnie porozmawiam z moimi gospodarzami na temat historii ich rodziny. Trafiliśmy wyjątkowo dobrze – bo do potomkini słynnego japońskiego rodu Maeda. Opowiadaniom zatem nie było końca.

Gdy zakwitną konie…

Wspominałam, że ani Vlad ani Diana nie mówili po japońsku? No to wspominam. Ja mówię trochę. A wspominałam, że nasza gospodyni nie mówiła po angielsku? To też wspominam. Gospodarz, owszem, gdy tylko spotkaliśmy się w Centrum kulturalnym dla zagranicznych studentów, mówił swobodnie piękną angielszczyzną. Pamiętał angielski jeszcze przez całą drogę, ale gdy tylko przekroczyliśmy próg jego domu – nagle zapomniał. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bach! I angielskiego nie ma. Nie pomagały upominania, że Vlad i Diana nic nie rozumieją. Gospodarz kiwał głową i kontynuował po japońsku, jakby nam nie dowierzał. Moi towarzysze wlepili we mnie swoje okrągłe, gajdzińskie oczy i padło sakramentalne: „Iza, tłumacz”. Masz babo placek.

– No więc ma padać przez cały luty. Tak słyszałem. Obawiam się, że będzie to dość depresyjne.
– Nie, nie koniecznie! W lutym przecież zaczynają kwitnąć konie!

→ śliwa: „ume” (梅)
→ koń: „uma” (馬)

To tylko jedna z głupich wpadek, jakie zaliczyłam tamtego wieczora. Było ich znacznie więcej, bo, jak wspominałam, po japońsku mówię tylko trochę i nigdy nie próbowałam swoich sił w roli profesjonalnego tłumacza. Zdecydowaną większość wpadek zaliczyłam za sprawą złego akcentu, a w japońskim jest trochę wyrazów, które brzmią tak samo, ale akcentuje się je inaczej, na przykład:

  • most (hashi) i pałeczki (hashi)
  • deszcz (ame) i słodycze (ame)

Jestem niemalże pewna, że tego dnia mój „deszcz” również brzmiał, jakby padały cukierki…

Pan mi te liście zmiele

Kilka lat temu przyleciałam do Tokio po raz drugi w życiu; tym razem służbowo i tylko na kilka dni. Pracy było co niemiara, dlatego pewnego dnia wyrwałam się z hotelu skoro świt i popędziłam w stronę parku Hibiya, gdzie sprzedawali moje ulubione lody o smaku zielonej herbaty. Napalona jak dzik na żołędzie powiedziałam:

– Poproszę duże lody o smaku liściastej zielonej herbaty.
– …???
– Z LIŚCIASTEJ-ZIELONEJ-HERBATY. L-O-D-Y. Poproszę.
– …?
– Green tea ice-cream, pan mi da.
– Proszę. Z zielonej herbaty. MIELONEJ. (Ty prymitywny gajdzinie).

→ sencha (煎茶): japońska zielona herbata przygotowywana bez mielenia liści; do picia.
→ matcha (抹茶): sproszkowana zielona herbata, używana w ceremonii herbaty oraz jako dodatek do potraw (np. klusek, ciastek, lodów).

podręcznik do japońskiego
Mój kreatywny zeszyt do japońskiego

Czy nauczy mnie pani sprzątać?

Rok 2013, mój najpierwszy wyjazd do Japonii. Wszystko jest super i najlepsze, zupełnie jak u Donalda Trumpa. Śmigam po Japonii z JR-Passem, robię tysiące zdjęć i nocuję w ryokanopodobnych hostelach z wyższej półki. Jest świetnie.

Te omlety dziś na śniadanie były przepyszne!
Właścicielka hostelu: Dziękuję bardzo. Sami je przygotowujemy.
To super! Ja nie umiem takich robić. W ogóle jestem trochę na bakier z takimi domowymi rzeczami. A czy mogłaby pani nauczyć mnie sprzątać?
S…przątać? Jest pani pewna?
Tak, tak, jestem pewna. Ja to w ogóle nie umiem sprzątać. Jak będzie pani sprzątała jutro rano dla gości, proszę mnie zawołać.
… ale trzeba wstać wcześnie rano. Jest pani pewna, że chodzi pani o CLEANING?
(SHIT!) COOKING, chodziło o gotowanie… [tych cholernych omletów chciałam się nauczyć…]

→ suiji (炊事): gotowanie (rzeczownik)
→ sōji (掃除): sprzątać (czasownik)

Wygraj podręcznik do japońskiego. Edgard japoński gramatyka z ćwiczeniami

Konkurs z wydawnictwem Edgard

Jak wziąć udział w konkursie?

Czy zdarzyło Ci się zaliczyć jakąś wpadkę językową w czasie podróży za granicą?
Jeśli tak, opowiedz nam tą historię!

W komentarzu poniżej napisz swoją historię z wpadką językową. Nie musi ona dotyczyć języka japońskiego – jestem pewna, że w innych językach wpadki językowe brzmią równie zabawnie. Autorzy dwóch najciekawszych odpowiedzi otrzymają od wydawnictwa Edgard książkę Japoński. Gramatyka z ćwiczeniami.

W wybraniu najciekawszych odpowiedzi pomoże mi Meine, mieszkająca w Tokio Japonka, biegle mówiąca po polsku. Konkurs trwa do 20 marca 2017 r. Przy wpisywaniu komentarzy sprawdźcie dobrze swoje adresy e-mail – ze zwycięzcami będziemy się kontaktować drogą mailową. 25 marca oficjalne ogłoszenie wyników na blogu!

Polubienie fanpejdża 47 Prefektur i udostępnienie informacji o konkursie nie są obowiązkowe, ale mile widziane 🙂

O repetytorium słów kilka

Japoński. Gramatyka z ćwiczeniami, wydane przez Edgard to bardzo fajne repetytorium z podstaw gramatyki języka japońskiego (poziom N5). Szczególnie polecam je samoukom, bo jest dość przystępnie i przejrzyście napisane. W połączeniu z podręcznikiem, słuchankami (obowiązkowo! może być np. ze strony NHK) i toną samozaparcia myślę, że w 3 miesiące jest w stanie przeprowadzić Was przez niezbędne podstawy języka japońskiego.

Repetytorium objaśnia najważniejsze 24 zagadnienia gramatyczne, m.in. budowę i użycie podstawowych części mowy: rzeczownika, czasownika i przymiotnika, wyrażanie ilości (liczebniki i klasyfikatory), budowę podstawowych konstrukcji zdaniowych (pytania, przeczenia, prośby, porady), użycie przysłówków i partykuł. Część teoretyczna uzupełniona jest ćwiczeniami i przykładami zastosowania reguł w praktyce. Do ćwiczeń jest klucz, czyli najważniejszy element dla samouka.

Na mojej uczelni w Tokio, choć głównym językiem wykładowym był angielski, mieliśmy wykłady z języka japońskiego. Wydawałoby się, że lepiej nie można trafić, niż rozpocząć naukę języka przy native-speakerze. W Japonii okazało się, że nie koniecznie 🙂 Ja nie miałam najmniejszych problemów na zajęciach tylko dlatego, że w Polsce opanowałam dobrze podstawy języka i poszłam od razu na poziom bardziej zaawansowany. Partykuły, odmiany, podstawowe znaki – wiedziałam co z czym się je. Natomiast ci, którzy zaczynali od zera, musieli zrozumieć podstawy wykładane przez Japonki po angielsku. Niestety miłe panie szczególnie biegłe w tym języku nie były, a zagadnienia gramatyczne tłumaczone po angielsku dla Polaka łatwo przystępne nie są, zwłaszcza, jeśli wchodzi w grę jakaś bardziej skomplikowana terminologia gramatyczna. Dlatego uważam, że przed wyjazdem, nawet turystycznym, po stokroć warto jest uczyć się języka.

P.S. A jeśli ktoś w przypływie weny narysuje kwitnącego konia, z miejsca obiecuję specjalny upominek!

Edgard podręcznik do japońskiego

 

Uwaga! Są wyniki konkursu!
Zwycięskie komentarze napisały Anoia  (wybór Meine) oraz Wiktoria (mój wybór).
Serdeczne gratulacje dziewczyny! 🙂

 

Nie bądź sknera.
Podziel się informacją o konkursie 
ze znajomymi!

About

Z pochodzenia Sanoczanka, Japanofil, wolontariusz tęskniący za Afryką i etnograf-pasjonat. // Just a small town girl who always dreamed of travels and faraway places... Now Warsaw-based international relations analyst, travel blogger & folklore enthusiast, who cherishes nature, simple life & Irish traditional music. Japanophile. Addicted to haribo jellies & …red lipstick.

  1. Moje japońskie wpadki nie są spektakularne. Niewiele mówię, bo niewiele umiem. Zdarzyło mi się zapytać o drogę, ale odpowiedzi nie zrozumiałam. Trochę się zaczepiona Japonka nagadała zanim wyłapałam znane mi słowo. Koko. Byliśmy na miejscu.
    Za to w Indonezji… cóż, zamówiłam w restauracji mrożoną głowę (es kepala) zamiast napoju kokosowego (es kelapa). Nie jestem w tym wypadku wyjątkowa, kilka moich koleżanek zrobiło to samo.

    • Hahaha!!! Powinni trzymać jakieś mrożone głowy na zapleczu, tak na wszelki wypadek (oczywiście nie prawdziwe) 😉

  2. I pomyśleć, że zaczęłam się uczyć chińskiego. Wydawało mi się, że dam radę. Szybko wymiękłam. Pewnie podobnie byłoby z japońskim. Kiedy czytam, wydaje mi się, że rozróżnienie suiji i soji nie byłoby łatwe, najwyżej konia mogę narysować.

  3. Co do Bułgarów, to raczej nie powiedziałabym, że wszyscy są mrukami. Mają raczej taki styl bycia i często samym wyglądem sprawiają wrażenie wycofanych i niezbyt przyjaźnie nastawionych. Ale ci, których miałam okazję poznać, byli w większości naprawdę bardzo sympatycznymi i otwartymi ludźmi, którzy potrzebowali czasu, by dać się lepiej poznać 🙂

  4. Takie wpadki zdarzaja sie kazdemu i w kazdym jezyku, a mnie japonski wydaje sie niesamowicie trudny. Podziwiam! 🙂

  5. To ja mam akurat z japońskim historię. Byłem w Tokio, kiedyś się uczyłem podstaw języka, więc uznałem, że trzeba chociaż coś spróbować podukać. Okazja nadarzyła się kiedy nie byliśmy pewni, w którym kierunku jedzie pociąg.
    Pracowników kolei w pobliżu nie było, sprawdziłem więc w apce ze słownikiem potrzebny czasownik i z telefonem w ręku wszedłem do środka spytać pierwszą lepszą osobę czy ten pociąg jedzie na interesującą nas stację. Pani się bardzo uśmiechnęła i stwierdziła, że owszem, jedzie. Wracając z tą informacją do swojej grupy uświadomiłem sobie, że zamiast densha powiedziałem denwa. Co tłumaczyłoby uśmiech pani na pytanie czy mój telefon jedzie na ową stację. Ale dojechaliśmy.

  6. Wiktoria

    Moja wpadka nie jest z japońskim ale myślę, że przez to nie mniej śmieszna. Interesuję się teatrem i grą aktorską. W zeszłym roku trafiła mi się świetna okazja, żeby wystąpić w jednej sztuce z amatorskim teatrem w Stanach (mam tam rodzinę, było trochę znajomości, w szczegóły się nie zagłębiam). Tak więc zrobiłam sobie dłuższe wakacje i w czerwcu wyjechałam do wujka do Filadelfii żeby spełniać marzenia (normalnie historia jak z filmu). Na pierwszym spotkaniu ekipy okazało się, że wolna rola do obsadzenia jest rolą 20-letniego chłopaka (wspominałam już, że jestem dziewczyną?), no ale żadnych przeszkód w tym nie widziałam, kostium wystarczy, żeby chwilowo zmienić płeć, więc z chęcią rolę przyjęłam. Poza tym przypadki, że jest potrzeba zagrania roli płci przeciwnej są w teatrze na porządku dziennym. Angielski znałam wtedy całkiem dobrze, z dogadaniem się nie było problemu. Jedyny problem miałam z akcentem i brzmiałam czasami dość śmiesznie. Nadszedł dzień premiery, występowaliśmy dla ok. 100 osób, bardzo kameralne grono, ale mimo to znałam jedynie kilka osób z widowni. Ku własnemu zdziwieniu prawie wcale się nie denerwowałam, występowanie zawsze przychodziło mi naturalnie. Wyszłam na scenę, pierwsze kilka minut szło super, po czym odgrywaliśmy scenę, gdzie po kilku latach spotykam swoją dawną przyjaciółkę i mówię: „You probably didn’t recognize me, ’cause I have my hat on”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Pewnie mnie nie poznałaś, bo mam na głowie kapelusz”. I nie byłoby w tym nic dziwnego, jednak z moim niewyrobionym akcentem słowo „hat” zabrzmiało nieco inaczej, a wydźwięk tego był taki, że całość zabrzmiała jak „pewnie mnie nie poznałaś, bo mi stanął” xD. Cała sala zaczęła chichotać, całe kulisy płakały i dusiły się ze śmiechu, a ja biedna nie wiedziałam o co im chodzi. Gdy już zeszłam ze sceny koledzy mnie uświadomili, a ja myślałam, że spalę się ze wstydu i chciałam zapaść się pod ziemię. I taki był mój wielki aktorski debiut :’)

  7. Wpadki językowe to coś pięknego 😉 Zawsze jest co opowiedzieć. Świetna historia 🙂

  8. Globfoterka

    No proszę. 🙂 Czyżbym odnalazła swoją podróżniczą bliźniaczkę? Na blogu opisuje siebie tak: „Dziewczyna z Bieszczad, która nie boi się marzyć o rzeczach wielkich i realizować swoją podróżniczą pasję.” Brzmi znajomo? 😛 Ustrzyki Dolne się kłaniają!
    Co do wpadek językowych, to prawdopodobnie popełniłam ich całe mnóstwo w swoim życiu, ale do tej pory żyję w ich błogiej nieświadomości… 🙂 No, może z jednym, drobnym wyjątkiem. Ze względu na stypendium naukowe mieszkam już drugi semestr w szwedzkiej Laponii i każdego dnia wystawiam swoje umiejętności językowe na wielką próbę. Raz widziałam na niebie bardzo ciekawe i dość rzadko spotykane zjawisko atmosferyczne, które objawia się tym, że wokół słońca rysuje się wyraźny okrąg, który czasami wygląda jak dwa filary tęczy. Chciałam o tym opowiedzieć i zamiast „regnbåge” (od słów regn – deszcz i båge – łuk), powiedziałam łudząco podobne „renbåge” (ren – renifer, båge – łuk). Po wlepionych we mnie skonsternowanych oczach oczekujących wyjaśnienia wywnioskowałam, że chyba jest coś nie tak, chociaż winę początkowo zrzuciłam na wyjątkowość tego zjawiska, a nie moją ewentualną pomyłkę. Po kolejnym pytaniu, które brzmiało „Jesteś pewna, że widziałaś łuk RENIFERA?” zrozumiałam sens tych dziwnych spojrzeń i zaczęłam się gorączkowo chichrać. W zasadzie to wszystko by się zgadzało, bo przecież Laponia jest licznie zamieszkiwana przez renifery i jakiś tam łuk powinien być tutaj na porządku dziennym. 😀 Dodam tylko, że ta zabawna pomyłka jest paskudną sprawką długich samogłosek, które są najbardziej problematycznym zagadnieniem dla Polaków jeśli chodzi o specyficzną, szwedzką wymowę.

    • O kurczę! Masz zupełną rację! Aż nie mogłam uwierzyć, gdy czytałam Twój opis na blogu 🙂 Pozdrowienia od sanoczanki 🙂

  9. U mnie też wpadka z japońskim. Znajomy jak tylko się zorientował, że trochę rozumiem japoński, od razu zrezygnował z prób porozumiewania się w języku angielskim. Oczywiście go zmuszaliśmy bo moje trochę to podstawy, ale jak tylko znałam jakieś słowa po japońsku, to ich używałam. Rozmowa zeszła na Polskę i zostałam zapytana, co najbardziej lubię w swoim kraju. Pierwsze co przyszło mi do głowy, to że lubię ludzi i pierwsze sowo, które skojarzyło mi się po japońsku to ningen. I już miałam po angielsku rozwinąć tę myśl, że Polacy są tacy towarzyscy i gościnni, ale widzę na twarzy kolegi wielkie zdziwienie. Okazało się, że nie powiedziałam ningen, a ninjin i wyszło że w Polsce to najbardziej lubię marchewki.

  10. Aneta Jaworska

    pomyłki się zdarzają, również w Polsce 🙂 P.S. książka na zdjęciu, trzecia od dołu jest świetna.

  11. Mieszkałem kiedyś w tym akademiku i chodziłem na poranne zajęcia języka japońskiego do budynku A. Pan Kitamura jak zwykle poprosił, żeby każdy opowiedział jak minął mu tydzień i co robił. Chciałem powiedzieć, że kupiłem warzywa i owoce, żeby coś z tego ugotować, ale przejęzyczyłem się i zamiast

    kudamono (果物 ) – owoce

    powiedziałem

    kodomo (子供) – dziecko.

    Pan Kitamura z kamienną twarzą pokerzysty zaczął mnie naprowadzać na mój błąd.
    -Anooo, takie potrawy z dziecka… muszą być bardzo drogie i wyszukane (珍しい).

    • Ładne rzeczy! A tam tyle dzieci w budynku D. Można było brać z łapanki 😉
      P.S. Przez rok wybierałam się na zajęcia do budynku A. Nigdy nie dotarłam 😉

  12. Niestety nie mogę poszczycić się poważniejszą gafą za granicą, za to osobliwa wpadka zdarzyła mi się w moim własnym mieście, na egzaminie maturalnym z angielskiego.
    Dochodzę do polecenia z długą formą pisemną. Pośród tematów widzę opowiadanie: „Napisz o przestępstwie, które się nie powiodło.” Moja pisarska dusza uradowała się, że będzie można uniknąć pisania rozprawki czy innego tego typu koszmaru.
    Postanowiłem sięgnąć po autentyczną historię kobiety, która zemdlała w kolejce do supermarketu, bodajże w Hamburgu. Okazało się, że przyczyną omdlenia był mrożony kurczak, którego próbowała przemycić pod kapeluszem.
    Rzuciłem się w wir pisania, aż pojawiła się zagwozdka: jak jest po angielsku „mrożony”?
    Frozen = zamrożony
    Frost = mróz

    Zatem dochodzę do wniosku, że „mrożony” to „frosted”.
    Dopiero zajrzenie w domu do słownika uświadomiło mi, że w mojej opowieści pani zemdlała wskutek przemycania…lukrowanego kurczaka!

    Gdy podzieliłem się tą historią z koleżanką, żartowała, że może komisja uzna to, bo pomyśli, iż kobieta zemdlała od zbyt wysokiego poziomu cukru w głowie 😉 Wątpię, ale grunt, że mimo tej gafy zdałem ^^

Dodaj komentarz

Psst... na tej stronie dostaniesz ciasteczko. (więcej informacji)

Ciasteczka (cookies) to małe pliki tekstowe, które zapisane na twoim komputerze ułatwią przeglądanie stron WWW. Ta strona używa plików cookies w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki dotyczące cookies. Obowiązek poinformowania cię o ciasteczkach nakłada ustawa z dnia 16 listopada 2012 r. o zmianie ustawy Prawo telekomunikacyjne oraz niektórych innych ustaw.

Wszystko jasne, zamknij