Honshu zapiski codzienne

Obleśny typ z pociągu

Historie z drogi
Wrzesień 2016, pociąg lokalny.
Jakieś 100 kilometrów od Tokio.

 

Siedzę zmarnowana w pociągu po niezbyt udanym wypadzie do Shizuoki, z lekkim udarem słonecznym i biegunką w tle, wręcz marząc o powrocie do mojej norki w getcie dla cudzoziemców. Zawieszam się. Pociąg jest pełny: matki z dziećmi, nastolatki wracające ze szkoły, standardowe kilka babć, małe grono przemęczonych salarymenów przysypiających między przystankami. Ciasno, ale cicho i spokojnie – wszyscy gapią się w swoje telefony, słowem, tak jak lubię najbardziej. Przede mną jeszcze kawał drogi, zdrzemnę się – myślę.

– What is your country?

Słyszę i wiem, że jeśli to było po angielsku, to chyba do mnie. Otwieram oczy. Obok siedzi jakiś śliski typ, na oko 60-letni. Koszula, jakieś jasne spodnie, dość obleśny z twarzy.


Pōrando kara kimashita („przyjechałam z Polski”) – odpowiadam.

No i się zaczyna, jak zawsze: a gdzie mieszkasz, a co robisz, a dlaczego w Japonii, a co ci się podoba najbardziej (dlaczego nikt nie pyta co mi się nie podoba najbardziej?), a na jak długo, wtem:

– A masz chłopaka?

– ?! Mam.

– A jak jest po polsku „I love you”?

– „Kocham cię”.

A jak jest po polsku (i tu następuje długi ciąg rzeczowników, czasowników i innych wyrazów z elementarza, typu „tato”, „mama”, „samochód” oraz bardziej ambitnych, charakteryzujących światopogląd mojego rozmówcy – „jestem bogaty”, „mam dużo pieniędzy” itp.).

Mam już serdecznie dosyć. Wyciągam telefon i zaczynam czytać. Cokolwiek, listę zakupów, niech tylko zauważy, że jestem zajęta i się odczepi.

Działa. Zapadam w sen. Mija chwila, gdy nagle czuję szturchnięcie w bok:

– Patrz, to jest moja dziewczyna! (dumnie pokazuje mi na telefonie zdjęcie jakieś 20-letniej Azjatki). Z Tajlandii!

– Żona? (pytam przekornie)

– Nie, nie żona. Nie żona. Dziewczyna. O, a to my przy moim domu w Tajlandii. A to mój samochód, haha. Piękny, prawda?

Nic nie odpowiadam. Ten, niczym nie zrażony ciągnie dalej.

– A to ja i moja dziewczyna na wczasach. Zabrałem ją na wycieczkę.

Na zdjęciu ta sama Tajka w objęciach obleśnego japońskiego starucha. Żal mi dziewczyny.

– Mówiłem, że jestem bogaty? Jestem właścicielem japońskiej restauracji. Nie jednej. Mam sieć japońskich restauracji w Tajlandii.

Sō desu ka? („acha”)

– Jesteś głodna?

– Nie bardzo (w końcu człowiek zwiedzający Shizuokę na trasie od toalety do toalety z rzadka myśli o jedzeniu).

– Zapraszam cię na kolację. Ja płacę! Mam duuuuuużo pieniedzy.

Dziadek sięga do kieszeni i zaczyna wymachiwać mi przed nosem portfelem wypchanym jakimiś znoszonymi 1000-jenowymi banknotami (nie przeliczając tego według kursu walut, można powiedzieć, że w Japonii traktuje się je jak nasze 20-złotówki). No panie, imponujące to niestety nie jest 😉

– Dziękuję, nie jestem głodna. Życzę miłego wieczoru.

Niestety nie zrozumiał.

– Gdzie wysiadasz? Może w Tokio? Bo ja też.

Kurna, no jasne, że w Tokio. Mam nadzieję, że nie na tej samej stacji.

– Chodźmy na kolację. Ja płacę.

– Przepraszam, jestem już umówiona.

– To innym razem. Ja zadzwonię. Daj mi swój numer.

No jeszcze czego. Po moim trupie. Ale może jednak…  Może w tym szaleństwie jest metoda. Wyciągam z torebki wizytówkę i podaję mu w bardzo oficjalny sposób, na dłoni.

– Proszę oto moja wizytówka. – mówię oficjalnie.

Dziadek patrzy przez chwilę, po czym chowa ją łapczywie i daje mi spokój. Ha, czyli zadziałało! Miło by było, gdyby jeszcze przeprosił, ale na to już nawet nie liczę. Japończyk to jednak Japończyk. Choćby nie wiem jak był nachalny i nieprzystający do ogólnego obrazu Japończyków, coś takiego jak „szacunek dla starszego/wyższego stopniem”, „obowiązek” oraz „powinność”, które wbija się w japońskie głowy od dziecka, jest jednak nie do przeskoczenia nawet dla takiego starego oblecha. Facet milknie, a ja mam nadzieję, że choć trochę zrobiło mu się głupio.

Na wizytówce widnieje mój japoński numer telefonu, ale wiem, że raczej nie zdobędzie się na to, by zadzwonić. A nawet jeśli, to zwyczajnie nie odbiorę. Za dwa miesiące wyjeżdżam, zrywam umowę i nigdy więcej go nie użyję. Na wizytówce znajduje się też nazwa „elitarnej” rządowej uczelni, do której uczęszczam, a także mój zawód i miejsce pracy. Wiem, że jak się przyglądnie, to „właścicielowi japońskich restauracji w Tajlandii vel. mam dużo pieniędzy” zmięknie rura. Bo choć w Azji o godności człowieka jako samodzielnej jednostki (nie jako części społeczeństwa) nadal niewiele słyszano, a już tym bardziej o godności kobiety, to feudalny szacunek i powinność wobec szefa, rządu itp. nadal pozostał niezmienny.

Tokio
Tokio. Widok z góry Takao

Gdybym powiedziała mu, że zwyczajne obraża mnie swoją bezczelną propozycją, licząc zapewne na szybki seks w zamian z rybę z ryżem, nie zrozumiałby. Ale zrozumiał, że swoją nachalną i śliską propozycję przedstawiał przez 100 kilometrów, w pociągu pełnym ludzi, do adresata, który w tej wielkiej drabinie społecznej, której kurczowo trzyma się Azja, siedzi na innej półce niż on sam. I nie jest to półka niżej, jak z góry założył.

Nie wiem, czy czegoś się nauczył z tej historii. Szczerze mówiąc, to bardzo w to wątpię. Mnie za to zrobiło się przykro. Nawet nie z powodu, że Pan „Mam Dużo Pieniędzy” ocenił, ze Polkę jak Tajkę, można kupić za miskę ryżu, bo w mniemaniu Japończyków „Polacy to biedny naród”, ale dlatego, że w państwie prawa nie można takiego typa po prostu wypchnąć z jadącego pociągu, nawet gdyby się bardzo chciało. Bo tak się nie robi. Bo tak nie postępują ludzie cywilizowani. Ale przyznam Wam, że w oczach wyobraźni zrobiłam to już kilka razy. Za mnie. Za tą młodą Tajkę. Za każą inną dziewczynę, którą będzie chciał dotknąć w zamian za „kolację”. I za jego żonę, która będzie się niewdzięcznikiem opiekować, gdy ten całkiem zniedołężnieje.

Robi mi się nieprzyjemnie za każdym razem, kiedy przypominam sobie tą historię. Ale tacy są ludzie. Nie jesteśmy świeci, niestety. Dobrze, że tym razem udało się pozbyć się natręta za pomocą zwykłego kawałka papieru. To niestety mogłoby nie wystarczyć w innym, niż japońskie, społeczeństwie.

Izabela trip planning

About

Z pochodzenia Sanoczanka, Japanofil, wolontariusz tęskniący za Afryką i etnograf-pasjonat. // Just a small town girl who always dreamed of travels and faraway places... Now Warsaw-based international relations analyst, travel blogger & folklore enthusiast, who cherishes nature, simple life & Irish traditional music. Japanophile. Addicted to haribo jellies & …red lipstick.

  1. Małgosia Ślesińska

    super wpis. Wiesz trzeba było dać mu tą wizytkówkę wcześniej to może wcześniej by się odczepił? U nas w PL pewnie by nie zadziałało a jeszcze gluzgi by poleciały 🙁

  2. Ja też nie lubię takich facetów. Dlaczego im się wydaje, że ktoś na nich leci? Nie spodziewałam się, że w Japonii może być z tym problem. To chyba jednak nie jest tam „normalne”?

    • Nie no, zdecydowanie nie jest normalne. To w ogóle nie jest normalne, w żadnym państwie. Choć są kraje, w których jest to bardziej akceptowalne społecznie, niestety.

  3. Właśnie pomyślałem o posiadaniu awaryjnej wizytówki, takiej na której nie koniecznie będzie prawda, ale coś odstraszającego.

    • To całkiem niegłupi pomysł. Choć zdaje się, że statystycznym „Januszom” pewnie mniej zdarza się podobnych sytuacji, niż statystycznym „Izom”. Ale tylko statystycznie 😉

  4. Małgorzata Ryba

    Co prawda tą historię już znam, ale super to napisałaś.

  5. Co kraj, to obyczaj. Obawiam się, że gdybyś wizytówkę wręczyła w PL, to zyskałabyś stalkera. 😉

  6. To mnie u Japończyków fascynuje, że każdy zna swoje miejsce. Podziwiam Twoją uprzejmą cierpliwość.

    • Wpadła mi ostatnio w ręce książka „Deklaracja” Gemmy Malley, w której „nadmiernych ludzi” uczy się poznawać „swoje miejsce”. I choć książka jest niestety pisana dość prostym językiem (co jednak jest średnio przyjemne), to zaciekawiła mnie bo lubię czytać dystopie. Natomiast bardzo często odnoszę wrażenie, że Malley musiała, po prostu musiała być kiedyś w Japonii 😉

  7. Hmm, akurat niedawno przytoczyłam pewną relację, może zostawię ku przestrodze na przyszłość. Otóż pewna Japonka napadnięta została przez mężczyznę (chyba Japończyka, nie pamiętam już), którego chorą uwagę przyciągnęła zupełnie niechcący. Tutejsi policjanci nie udzielili jej oczekiwanego wsparcia, przeciwnie. Usłyszała, że skoro słownie protestowała przed nagabywaniem w miejscach publicznych, odtrącała rękę na siłę wciskającą jej podarunki, to tym samym reagowała na kontakt i sama jest sobie winna. Próbowałam sprawdzić wiarygodność tej opisanej w internetach sekwencji wydarzeń, ale zapytana przeze mnie znajoma Japonka nie miała w tym temacie nic do powiedzenia, a na oficjalnych stronach policyjnych nie doczytałam się informacji o takich praktykach. Jednak wzięłam sobie tę historię do serca, tak na wszelki wypadek.

    Pozdrawiam i wszystkiego dobrego w nowym roku.

Dodaj komentarz

Psst... na tej stronie dostaniesz ciasteczko. (więcej informacji)

Ciasteczka (cookies) to małe pliki tekstowe, które zapisane na twoim komputerze ułatwią przeglądanie stron WWW. Ta strona używa plików cookies w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki dotyczące cookies. Obowiązek poinformowania cię o ciasteczkach nakłada ustawa z dnia 16 listopada 2012 r. o zmianie ustawy Prawo telekomunikacyjne oraz niektórych innych ustaw.

Wszystko jasne, zamknij