osobiste życie w Japonii

W taki dzień, jak dziś

W taki dzień jak dziś, najchętniej pomoczyłabym się w gorącym onsenie.

Są onseny wielkie, przypominające bardziej połączenie aquaparku z Disneylandem.
Są onseny dla psów.
Są stare, szanowane onseny-hotele.
Są onseny na stacjach kolejowych
i takie tylko dla klubowiczów pól golfowych.
Są onseny, a właściwie sentō (łaźnie publiczne) tak malutkie, że ciężko tam trafić bez szczegółowej mapki rozrysowanej przez lokalsa z dzielnicy.
Są onseny do moczenia stóp przy centrach handlowych lub na moście.
Są onseny śmierdzące siarką
i takie z czarną wodą.
Są onseny z promieniotwórczym radem (i to nie w Fukushimie).
I takie, co rażą prądem.
Takie w środku, takie na zewnątrz i takie na dachu, pod gwiazdami.

Z wyjątkiem onsenu dla psów, we wszystkich już byłam.


Co właściwie jest takiego w tych onsenach, że Japończycy nie wyobrażają sobie bez nich życia – nie wiem. A jednak czasem, znienacka, jak dzisiejszego, dość podłego wieczoru, nie chcę niczego bardziej, niż właśnie onsenu. Przez całą drogę powrotną do domu myślałam, jakby to było znów znaleźć się zupełnie naga (no dobrze, w moim przypadku z wielkim plastrem na plecach zasłaniającym tatuaż) w łaźni pełnej kobiet.

Rzędami, wzdłuż kranów i pryszniców, na małych, plastikowych lub drewnianych stołeczkach rzędy kobiet, a każda z nich zajęta sobą. Przed lustrami lub bez, z małą miedniczą, mydłem i ręcznikiem do mycia. Siedzą, szorują się, pucują, dopieszczają każdy milimetr swojego, zazwyczaj filigranowego, ciała. Japonki.

Chodzą zupełnie bezwstydnie, zwyczajnie, jak gdyby tak naprawdę w dżinsach i koszulce spacerowały po parku. Konwersują swobodnie z koleżankami. Nikt na nikogo nie patrzy, nikt się niczemu nie dziwi – w końcu w Japonii wszyscy wiedzą, że to, co intymne, kryje się w umyśle. A ciało? Ciało jest jakie jest, każdy jakieś ma. Ciała nie są sprawą intymną. Poza tym nie ma tu co komu zazdrościć – w końcu każdy ma przecież swoje.

Japonki, przed wejściem do basenów z gorącą wodą, szorują się czasem tak dokładnie, że wprawia mnie to wręcz w zakłopotanie. Nie, żebym z higieną była na bakier lub nie wyniosła nawyku szorowania się z domu. Ale kiedy ostatnio spędziliście 5 minut na pucowaniu palców lewej dłoni? 10 minut na superdokładnym myciu ucha? Szorowali dokładnie i z pietyzmem każdy milimetr dużego palca u stopy? Moja faworytka myła kiedyś prawe ucho.  Przez 9 minut. Aż strach pomyśleć, ile myje zęby.

Potem zaczęła szorować swoje dłonie. Póki nie jestem chirurgiem czynnym zawodowo, nigdy nie przyszłoby mi do głowy, niczym nieusmarowane dłonie szorować tak długo i tak namiętnie. Każdy palec: paznokieć, zgięcie pierwsze, drugie, trzecie. Teraz wzdłuż, w poprzek i okrężnie. Namydlać i płukać. I tak, zdawałoby się, prawie bez końca. A gdzie twarz, włosy, reszta ciała?

Zaczęłam się zastanawiać kiedy ja nauczę się mieć taką, powiedzmy, godzinę dziennie, by z namaszczeniem dopieścić każdy, nawet najmniejszy paluszek, każdą niekochaną fałdkę, a potem zapomnieć o bożym świecie w gorącej i relaksującej kąpieli. I poczułam się zazdrosna.

Pierwszy raz

Mój pierwszy raz przypadł na stary i szanujący się onsen. Taki, na którego dźwięk Japończycy robią przeciągłe „ooooooo” i zginają głowę z szacunkiem. Dōgo onsen na wyspie Shikoku.

Było gorąco, parno, woda niemal jak ukrop. Jak w tym usiedzieć, kiedy nie można się schłodzić? W saunie to rozumiem – jedna sesja, odpoczynek, druga sesja – odpoczynek, następnie trzecia. Ale w onsenie siedzi się ciągiem, a odpoczywa dopiero po wyjściu. Kiedy białko się ścina a w głowie zaczyna wirować, to znak, że czas wyjść. Nie pomogło nawet, na modłę japońską, położenie na głowie mokrego od zimnej wody ręcznika. No trudno. Nie zauważyłam, w czym miałaby przejawiać się ta cała wielka przyjemność.

Pierwszy raz z koleżanką

Pójść do onsenu i rozebrać się do naga przed obcymi kobietami – a co mi tam, w końcu i tak nikt mnie nie zna. A jak się nawet patrzą, to trudno – w końcu w porównaniu z nimi jestem taka wielka, to i pewnie wyglądam inaczej. Ale ciało każdy ma, jakie ma.

Inaczej sprawa wygląda z koleżanką. Zwłaszcza, jeśli długo się znamy, a pewne bariery nigdy jednak nie były przekroczone. Na początek, by dodać sobie animuszu, ustaliłyśmy, że patrzymy sobie tylko w oczy i gadamy jakby nigdy nic. Nie wyszło. I nagle zdziwienie – właściwie, to nic się nie stało. Okazało się, że koleżanka też ma dwie ręce, dwie nogi, z przodu piersi a z tyłu plecy. Czyli normalna. O co więc całe to zamieszanie z nagością?

Gdzie diabeł mówi dobranoc

Są onseny położone tak daleko od osiedli ludzkich, że idzie się tam po ciemku, przez las, wzdłuż jakiejś przelotowej trasy między dwoma prefekturami. Na miejscu okazuje się, że w basenie z wodą mieści się co najwyżej trzy osoby. Prócz części do mycia i przebierania, onsen jest „otwarty”. Widać gwiazdy, nad głowami przelatują nietoperze. Siedzimy w lesie. Prócz nas nie ma żywego ducha. Nawet wejściówki do onsenu sprzedaje automat biletowy: wrzuca się 500 jenów,wyciąga bilecik, pokazuje wyraźnie do kamery przed wejściem i odkłada do koszyczka obok. W środku standardowo – rozbieranie, ważenie (po moczeniu wychodzi się średnio o 20 deko lżejszym!), szuru-buru i do moczenia. Jest pięknie.

Z koleżanką, z którą zostały już przełamane pierwsze lody, gadamy o wszystkim. W onsenie nie ma tematów tabu. Człowiek dziwnie się otwiera. To, co zostało powiedziane w onsenie, zostaje tam na zawsze.

Do naszego „tajnego” onsenu pośrodku lasu zajeżdża samochód. Sądząc po głosach około pięciu mężczyzn i dwie kobiety. Facetów nie widzimy – są za oddzielnym parawanem. Zjawiają się dziewczyny. Zakłopotane turystki, widać, że to ich pierwszy raz. I nagle słyszę:
Myślisz, że tutaj trzeba zostawić ubrania?
Chwila zawahania, odezwać się, czy nie?
Dziewczyny, zostawcie ubrania i wskakujcie!
Świat mały.

Pod blaszanym dachem

– Jak wyjdziesz z hostelu idź w lewo, na światłach koło 100-jenowego Lawsona skręć w prawo, za piątym domem po prawej w ciasną alejkę między domami, po 200 metrach po lewej będzie taki dom pod skosem. To tam.

Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, w japońskich domach nie było łazienek. Sentō (łaźnia publiczna), było więc naturalnym elementem krajobrazu każdego osiedla. Choć łazienki na stałe wkroczyły już do japońskich mieszkań, kultura sentō pozostała.

Sentō to przede wszystkim dla lokalnych społeczności miejsce spotkań, prawie jak pub dla Irlandczyków. Przychodzą tu całymi rodzinami, kobiety z dziećmi (do 6 roku życia chłopcom wolno przebywać w damskiej części). Przed wejściem rozmawiają, palą papierosy. Jest późny wieczór, czas już nikogo nie goni. Stoją w yukatach i cieszą się swoim towarzystwem. W środku, pod nieco obskurnym, blaszanym dachem, po trzy prysznice i basen pamiętający cesarza Hirohito. Przez środek ścianka, ale w przebieralni już tylko szmatka-zasłonka, powiewająca swobodnie gdy tylko ktoś otworzy przesuwane drzwi. Ale tu same rodziny, znają się od dziecka. Z rzadka zagląda jakiś obcokrajowiec, a jak już jest, to śmiechu jest co niemiara. Można na przykład spokojnie patrzeć, jak pakuje się do jedynego pustego zbiornika, by po chwili wyskoczyć popieszczony prądem. Miejscowi wiedzą co jest grane. Niektórzy podobno nawet to lubią. Masochiści.

Nocą między skałami

Pewnego razu, nocą, między skałami a gwiazdami, w końcu poczułam o co chodzi. Szanowany onsen, obskurny jakby był budowany za Gierka, miał pokoje gościnne i prawie siedem basenów. Trzy na zewnątrz, dwa w piwnicy, jeden na dachu i po jednym gdzieś w bocznych skrzydłach. Gdyby to nie była Japonia, wiałoby z niego czystym PRLem. Stare, skrzypiące drzwi pokoi, mały telewizorek z pilotem i antenką, termos na wrzątek i futony do rozłożenia na podłodze. I yukaty, oczywiście.

Tu można zmyć maskę makijażu, związać niedbale włosy, wciągnąć na siebie yukatę i być tak po prostu sobą. A być sobą przed samym sobą to nie lada sztuka. Niektórzy tak dawno jej nie praktykowali, że prawie zapomnieli jak to jest. I o tym właśnie, w ciemną, gwiaździstą noc, przypomniał mi onsen. Biali, żółci, czarni, biznesmenki i śmieciarze, wszyscy jesteśmy zwykłymi ludźmi. Tak po prostu.

onseny w Japonii
Są kwaśne onseny śmierdzące siarką
onseny w Japonii
Są onseny na stacjach przy autostradach
onseny w Japonii
Są onseny zupełnie na widoku przechodniów, w których kąpią się tylko stare dziadki
Są takie, w których można nocą moczyć stopy popijając gruszkowe drinki i zagryzając miodowymi czipsami
onseny w Japonii
Są onseny jak parki rozrywki
onseny w Japonii
Są na koniec intymne onseny poukrywane w lesie

Są onseny wielkie i onseny malutkie, onseny-hotele, onseny na stacjach kolejowych, onseny z radioaktywnym radem i takie z czarną wodą. I takie, co pieszczą prądem. A Ty, jaki byś wybrał w taki dzień, jak dziś?

Nie bądź sknera,
podziel się z innymi!

About

Z pochodzenia Sanoczanka, Japanofil, wolontariusz tęskniący za Afryką i etnograf-pasjonat. // Just a small town girl who always dreamed of travels and faraway places... Now Warsaw-based international relations analyst, travel blogger & folklore enthusiast, who cherishes nature, simple life & Irish traditional music. Japanophile. Addicted to haribo jellies & …red lipstick.

  1. Ten Ziomek

    Tyle lat tu jestem i nawet nie byłem raz w onsenie .

  2. Klaudiusz Grabowski

    Onseny to ta piękna strona Japonii, jak nie najpiękniejsza. Urokliwe są te małe, stare z pięknym widokiem natury; góry, las, jezioro… uwielbiam 😉

  3. Dobrze, że napisałaś o tych plastrach na tatuaże. Mąż ma kilka i zastanawialiśmy się co z tym zrobić w Japonii kilka lat temu, ale że byliśmy w hotelu sami to nas wpuścili Uwielbiam onseny, ale przyznam, że trochę się wstydziłam, ale myślę, że to kwestia przyzwyczajenia.

  4. Nigdy nie słyszałam o onsenach, ale już po Twoim wpisie widzę, że bym polubiła

    Daleko temu do hammamu ale w Maroku zawsze.chodziłam raz w tygodniu. A do takiego onsenu chodzilabym codziennie

  5. wybrałbym byle jaki, byle by się wygrzać, odpocząć, zrelaksować. Chociaż najbardziej kuszącą dla mnie opcją byłby onsen na odludziu, gdzieś w lesie. Nie wiem dlaczego ale wydawałoby mi się, że jest to takie miejsce z wielką energią w sobie. Takim, życiodajnym kopem 🙂

  6. Ten onsen w lesie z dala od wszystkich i wszystkiego brzmi najlepiej! Oj, poszłabym w takie miejsce, to dla mnie idealny relaks. I już nawet ta nagość mi nie przeszkadza (byłam w publicznej bani w Gruzji ;)).

  7. Trochę po bandzie, trochę filuternie, trochę z pietyzmem, jak to przed Wielkanocą.
    Trochę jak Ty.
    Wesołych Świąt!

  8. Dla mnie Japonia, pomimo długiego epizodu w Azji, to zupełna terra incognita. Niemniej jednak, zasiadłem z herbatą w dłoni i z chęcią przeniosłem się w podróż po jej kolejnym skrawku. I wiesz co mnie zaciekawiło? Że ludzie na świecie są, mimo różnic, tak bardzo podobni. Podobne obserwacje miałem bowiem na Islandii, gdzie cała kultura islandzkich onsenów ;), tak jak nazwijmy, przypomina mi to, co opisujesz – dokładne szorowanie się przed wejściem, normalny stosunek do nagości etc. Świat pełen jest wspaniałości! Dobrze napisany tekst! 🙂 Pozdrawiam!

  9. Pingback: Uzdrowisko Iwonicz-Zdrój. Co zobaczyć w Iwoniczu? | Blog o turystyce kulturowej

  10. Dōgo onsen – jeż zrobiłem „oooooooo…”
    A tak na marginesie – nie byłem w onsenie – dasz wiarę?

  11. Doświadczyłam. Nie moja bajka. Chociaż rzeczywiście ubaw miałyśmy. Nawet muzułmanki były nagie. Ale nie, nie powtórzę.

Dodaj komentarz

Psst... na tej stronie dostaniesz ciasteczko. (więcej informacji)

Ciasteczka (cookies) to małe pliki tekstowe, które zapisane na twoim komputerze ułatwią przeglądanie stron WWW. Ta strona używa plików cookies w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki dotyczące cookies. Obowiązek poinformowania cię o ciasteczkach nakłada ustawa z dnia 16 listopada 2012 r. o zmianie ustawy Prawo telekomunikacyjne oraz niektórych innych ustaw.

Wszystko jasne, zamknij