niedzielny fotograf osobiste Tokio

10 najlepszych zdjęć października

Cykl „10 najlepszych zdjęć” to w rzeczywistości 10 najciekawszych chwil, które zdarzyły się w minionym miesiącu. Zdjęcia prawdopodobnie nie trafią na okładkę „National Geographic”, ale utrwalają krótkie chwile, które chciałabym zapamiętać na dłużej (lub niestety same się zapamiętają, bo są rzeczy, o których się nie zapomina, ale o tym za moment…). Obiecuję, że scen drastycznych na zdjęciach nie będzie, więc możecie oglądać śmiało 🙂

Jak wyglądał mój październik w Japonii?

1. Ostatnie chwile na polskiej ziemi

 

Ostatnie chwile na polskiej ziemi

Wiedziałam, że wylatuje na rok i prawdopodobnie w tym czasie nie będę wracać do Polski. To miał być „ten dzień”, ten tak bardzo mój, wyjątkowy dzień (ja wiem, że większość dziewczyn jako „ten dzień” określi raczej chwilę, w której w białej kiecce staną na ślubnym kobiercu z „tą drugą połówką”… no cóż, ja na szczęście urodziłam się kompletna i nie muszę, nie zrobiłam też nic złego, bym musiała za kogoś wychodzić, a później zaraz wracać). No więc dzień był zaiste wyjątkowy… nie pamiętam cholera jasna większego zatrucia, nawet w Tanzanii mi się nie przydarzyło. Jak to mówi jedna ze znajomych podróżniczek –  dzień, w którym „boisz się kichnąć, żeby się nie po…..” (i tu każdy sobie niech wstawi coś wedle uznania). No więc w zupełnie przechlapanych okolicznościach udałam się w kolejną podróż życia. Ahoj!

2. Odaiba. Teraz to mój nowy dom

 

Odaiba. Pierwszy dzień na japońskiej ziemi

Wiecie, jak to jest w pierwszy dzień po przeprowadzce – człowiek nie wie nic, w dodatku pokój w akademiku jest goły i wesoły – poprzedni lokator nie mógł nawet zostawić papieru (a uczono mnie, że zostawienie jej to jednak przejaw dobrego wychowania…). No cóż, japońska biurokracja. 12 godzin lotu, 3 godziny na lotnisku, godzina w autobusie i… dzień dobry, zanim otrzymają państwo pokój w akademiku należy przejść przez szkolenie jedno, drugie, trzecie, jeszcze tylko kilka podpisów, instrukcja korzystania z kosza na śmieci i voilà, poszło szybko, 3 godziny później można już nawet pójść do swojego pokoju. Acha, dziś w budynku B nie będzie ciepłej wody, bardzo przepraszamy. A, nie, nic nie szkodzi, pośmierdzę sobie jeszcze.

Dobrze, że chociaż słońce wyszło następnego dnia. Niebo było tak czyste, że można było Nowy Jork lub Paryż dojrzeć z akademika.

3. Autogiełda. Auta prosto z Niemiec, przygotowane do rejestracji

 

Itasha Car Show

Gdy byłam na studiach magisterskich pierwszych, tych w Łodzi, co niedzielę na ulicy lodowej odbywała się autogiełda. Nigdy nie kupiłam tam samochodu, ale po pierwsze uwielbiam odwiedzać wszelkie pchle targi (a autogiełdzie zawsze towarzyszyły bibeloty z Niemiec), po drugie – zawsze była nowa dostawa żelek Haribo Colorado (a za Haribo mogłabym zrobić wiele 😉 ) i to był wystarczający powód by zwlec się tam o nieludzkiej porze w niedzielny poranek.

Na moich studiach magisterskich drugich, tych w Tokio, nie muszę się już martwić, że nie zdążę na imprezę – silniki samochodów zazwyczaj budzą mnie już o drugiej w nocy. Od 9 zaczynają się megafony, więc ciężko jest zaspać. Do tej pory parking tuż-pod-moim-oknem gościł już m.in.: zjazd cosplayowych bólojazdów, Tokyo Drift, zlot Volkswagenów ogórków, zlot amerykańskich pickupów, zlot motocykli… Na szczęście jest zima, więc teraz pod oknem stoi wielki namiot cyrkowy Cirque du Soleil. Mam nadzieję, że prędko nie odjedzie!

4. Wystawa miniaturowych drzewek bonsai

 

4. Wystawa bonsai w parku Ueno

Ameyoko – Ueno – Yanaka. Pierwsza wycieczka po Tokio, na którą zabrałam swoich międzynarodowych kolegów z uczelni, nieświadoma niektórych różnic kulturowych. Wielki błąd – zapomniałam wcześniej nakarmić Kazachstan. O mało mnie nie zjadł na tej wycieczce, jeszcze niechcący poleciłam lody z zieloną herbatą, nie wiedząc, że „smaczne” oznacza w większości tylko mięso konia. Trudno. Wystawa bonsai była dla odmiany dość przyjemnym, niespodziewanym punktem programu. Byłoby nawet idealnie, gdyby nie grupka starych, japońskich dziadów śmiejąca się z… wytatuowanej na moich plecach kaligrafii (no tak, biała, obgadajmy ją, przecież i tak nie będzie wiedziała. Nawet nie wie co ma na plecach napisane. Ha. Ha.) Wiem. Kaizen (改善, doskonalenie), wy stare, korporacyjne szczury z klapkami na oczach. To pojęcie ma trochę szersze znaczenie, no ale faktycznie, w oczach kogoś, kogo szczytem marzeń było dostanie się do korpo i spędzenie tam całego życia, nie ważne co by się tam miało robić, wszystko jest takie czarno-białe i oczywiste.

5. WIELKI wielki Budda

 

Wielki Budda z Tokio

Przeczytałam gdzieś, że Wielki Tokijski Budda (Tokyo Daibutsu) ma 13 metrów wysokości, waży 13 ton i odlany został dla upamiętnienia ofiar Wielkiego Trzęsienia Kantō z 1923 roku, które w znacznej mierze przyczyniło się do zniszczenia drewnianej architektury miasta. Widziałam już Wielkiego Buddę z Nary, Wielkiego Buddę z Kamakury, to pomyślałam, że czas na Tokio. W końcu Daibutsu jest w Japonii kilka, ale znów nie tak wiele, by móc któregoś z nich pominąć. Ambitnie sprawdziłam na google maps trasę, wysiadłam z pociągu na odpowiedniej stacji, spojrzałam na gęstą plątaninę wąskich uliczek oplatających sieć domów jednorodzinnych i pomyślałam… „o k… przecież ja tam w życiu nie trafię” . Ale nie ma tego złego, chwilę później spotkałam trzy uczennice, zmierzające właśnie w szkolnych mundurkach na spotkanie klubu bejsbolowego i jedna z nich (wspaniałomyślnie) postanowiła odeskortować pod samą świątynię, przed oblicze Wielkiego Buddy. Naprawdę niezwykle miła dziewczyna (pewnie przeze mnie się spóźniła na zajęcia…), próbowała ze mną konwersować, pokazywała różne rzeczy po drodze, a ja niestety całą drogę powtarzałam sobie tylko w głowie „o k… jak ja teraz stąd wrócę?!” 😉

6. Yanaka. Klimat „dolnego miasta”

 

Yanaka, dzielnica

Było sobie kiedyś górne Tokio i dolne Tokio. Górne, jak to górne, zamieszkiwały wszystkie najważniejsze osobistości, ich poplecznicy, zausznicy, służba i cała otoczka. Dolne miasto – to „gorsze” – należało do kupców, rzemieślników, rybaków… i tak już zostało. Albo i nie zostało – w skutek pożarów i hojnych bombardowań jankeskich sił powietrznych w czasie drugiej wojny światowej większa część shitamachi* (dolnego miasta) została doszczętnie zniszczona. Niemniej, dzielnicy Yanaka udało się przetrwać wojenną zawieruchę i zatrzymać w sobie odrobinę czaru tej prostej, „rzemieślniczej” dzielnicy. Zawsze chciałam ją odwiedzić. Udało się 🙂

7. Kaki. Owoc jesieni

 

7. Kaki. Owoce jesieni

Owoce mogłabym wcinać bez przerwy, jak dzik żołędzie. W każdej formie. Niestety bycie „rolnikiem” w Japonii nie jest cool. Ani to modne, ani fajne, ani opłacalne. Każdego roku absolwenci uczelni zabijają się o jakąkolwiek posadę w korporacji, by móc wskoczyć w trybik wyścigu szczurów i sobie tak biec ładnie wyznaczonym torem, natomiast garstka (dosłownie kilkanaście osób rocznie) decyduje się na uprawę lub hodowlę czegokolwiek. Większość rolników w Japonii to ludzie grubo po 70-tce i z roku na rok stopniowo ich niestety… ubywa. Wspaniały rząd natomiast, zamiast podjąć jakąś inicjatywę w tym temacie, jedynie chroni lokalny rynek wyrobów rolniczych, poprzez ograniczanie międzynarodowego handlu. Skutek jest taki, że na rynku nie dość, że owoców jest mało, wybór jest niewielki, to ceny produktów są po prostu zabójcze. Kaki jest jednym z „podstawowych” owoców jesieni w Japonii, łatwo dostępnych w sezonie – powiedzmy takie ichnie jabłko. Twarde, pestkowate i niepodobne do tego sprzedawanego w Europie z Izraela, stało się moim głównym i jedynym owocem tej jesieni. Co gorsza, przyzwyczaiłam się. No i co teraz?

8. Kolejka

 

Wystawa konkursowa w Tokio Midtown

Nie cierpię centrów handlowych. Są głośne, nadęte i pełno w nich ludzi. Pewnie dlatego mieszkam teraz na Odaibie – wyspie, która sama w sobie nie ma nic innego do zaoferowania prócz pięciu centrów handlowych (Diver City, Aqua City, Tokyo Decks, Venus Fort i Joypolis) i wielkiego parkingu, natomiast moja uczelnia – wraz z Tokyo Midtown i Roppongi Hills tworzy trójkąt bermudzki. By wydostać się z metra w stronę mojej uczelni, muszę przejść przez jedno z centrów handlowych. W październiku była tam interesująca wystawa; kilka instalacji mijałam codziennie na mojej drodze i powtarzałam sobie w myślach, że „muszę kiedyś zrobić im zdjęcie” – no tak, kiedyś. Wiedziałam, że kiedyś będzie za późno, więc również „kiedyś” na wszelki wypadek cyknęłam w biegu jedną fotę mojej ulubionej wystawy. To była mądra decyzja 🙂

9. Park Hibiya. Jak zawsze hojnie

 

Wystawa ogrodnicza w parku Hibiya

Hibiya. Jeden z moich ulubionych parków w Tokio. Nie mógł mi podarować niczego piękniejszego, niż wystawa japońskiej sztuki ogrodowej. Nawet, jeśli na jej pooglądanie miałam jedynie 35 minut, to i tak było warto. Więcej zdjęć tutaj.

10. Yosakoi Odori Dream Festival

 

 Odaiba Dream Yosakoi Festival

Dziesiątki zespołów z całej Japonii, tysiące uczestników i setki tysięcy widzów – tyle dobroci spotkało Odaibę w dwa październikowe dni. Co ciekawsze, nie miałam pojęcia o festiwalu – wracałam późnym wieczorem do domu z wycieczki do Koenji, innej dzielnicy Tokio, w której odbywał się tego dnia mały festiwal. Zależało mi na zobaczeniu tradycyjnych tańców – Awa Odori, zwanego tańcem głupców i Yosakoi. Udało się, więc zadowolona z siebie wysiadłam z yurikamome, a tu u mnie impreza na całego – tłumy wystrojonych ludzi, olbrzymie chorągwie, muzyka, jedzenie grzeje się na ulicznych straganach… no przecież nie mogłam tak po prostu wrócić do domu! Filmy z Yosakoi Dream Festival do zobaczenia tutaj.

I tyle.

 

Moja Japonia to nie tylko same pozytywne chwile, momenty wielkiego zachwytu. To też nowa codzienność, zwykłe, drobne rytuały, to mój codzienny owoc kaki, który od teraz zawsze będzie smakował trochę inaczej. Za wszystko, co dostałam, jestem wdzięczna i za wszystkim, po jakimś czasie, będę tęsknić (no, może prócz tego pierwszego punktu… 😉 ).

Izabela

 

* drobna uwaga: shitamachi nie czytamy „szitamaczi”, bo to z shit’em ma niewiele wspólnego. Czytamy „sitamachi”, jak sito i Maciek.

About

Z pochodzenia Sanoczanka, Japanofil, wolontariusz tęskniący za Afryką i etnograf-pasjonat. //
Just a small town girl who always dreamed of travels and faraway places… Now Warsaw-based international relations analyst, travel blogger & folklore enthusiast, who cherishes nature, simple life & Irish traditional music. Japanophile. Addicted to haribo jellies & …red lipstick.

  1. To Yosakoi to bym chętnie pooglądała na żywo ^ ^
    Na pewno musi robić świetny efekt. No i jak się tak tańczy to fitness z głowy, hihi

Dodaj komentarz

Psst... na tej stronie dostaniesz ciasteczko. (więcej informacji)

Ciasteczka (cookies) to małe pliki tekstowe, które zapisane na twoim komputerze ułatwią przeglądanie stron WWW. Ta strona używa plików cookies w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki dotyczące cookies. Obowiązek poinformowania cię o ciasteczkach nakłada ustawa z dnia 16 listopada 2012 r. o zmianie ustawy Prawo telekomunikacyjne oraz niektórych innych ustaw.

Wszystko jasne, zamknij