Tydzień #5: „Getto” dla cudzoziemców

Tydzień #5: „Getto” dla cudzoziemców

 

Podobno „będąc w Japonii trudno znaleźć prawdziwe, głębsze relacje z Japończykami”. Mówili mi tak wszyscy, którzy są tu dłużej: mieszkam w Japonii od trzech lat, ale ciężko mi nawiązać głębszą przyjaźń z Japonkami. Nie potrafimy wyjść poza tematy codzienne i rozmowy kurtuazyjne; byliśmy w Japonii przez rok i mieliśmy trzech japońskich znajomych, ale wiesz, oni studiowali za granicą, więc byli już z-cocacolizowani…

Cóż, trochę mnie to martwiło, ale doszłam do wniosku, że kluczową rolę w kwestii przełamywania barier stanowi znajomość języka. Tymczasem, im dłużej mieszkam i obracam się wśród cudzoziemców (mieszkając w moim „getcie dla zagranicznych studentów” na Odaibie i spędzając większość czasu na międzynarodowej uczelni), moja (nadal niewielka, ale jednak) znajomość japońskiego zamiast rozkwitać, zaczyna się kurczyć. A przecież nie tak miało być! Hallo!

Główny problem tkwi bowiem w tym, że Japończycy są jak najbardziej w porządku, tylko ja ich prawie nie widuję, choć mieszkam w stolicy!

Moja uczelnia dba o to, bym nie skupiała się za bardzo na niczym, zarzucając mnie stertą mało lub mniej sensownych zadań. Codziennie trzeba odbierać dziesiątki spamowych maili „do wszystkich, których to dotyczy” (zazwyczaj nikogo) i wyławiać z nich te, które są istotne dla mnie, czyli dla przykładu – informujące, że termin oddania pracy z przedmiotu XYZ właśnie przesunął się o 24h na moją niekorzyść. Ja, jako samozwańcza królowa prokrastynacji* mam z tym spory problem. Każdego tygodnia, zamiast skupiać się na rzeczach-naprawdę-istotnych rysuję w domu cholerne wykresy krzywych popytu i podaży, przesuwam je, wlepiam im cenę maksymalną, liczę nadwyżkę konsumenta i sprawdzam tysiące w-życiu-mi-niepotrzebnych-pierdół, których uczyłam się 10 lat temu na moich studiach magisterskich, tylko wtedy po polsku. Moi znajomi z Południowo-Wschodniej Azji zaszywają się na długie godziny w swoich pudełkowatych biureczkach w wielkich, wspólnych pokojach przeznaczonych do studiowania.

Study room
Jest kask, jest biureczko. Na drzwiach każdej sali z biureczkami wisi kartka z rozpiską które biureczko jest przypisane do jakiej osoby. No chyba nie myśleliście, że możecie sobie usiąść gdzie popadnie?! Hej… to Japonia.

Mamy takie na uczelni, wyposażone w kaski (w razie trzęsienia ziemi lub ataku agresji po 10 godzinie mikroekonomii), mamy też takie w naszym „akademikowym getcie”. Tutaj przynajmniej znajduję jedno logiczne wytłumaczenie (jedno jedyne) – ponieważ, prócz opłat za akademik, musimy uiszczać regularne opłaty za prąd, a na prąd jest wszystko, to w ramach oszczędności można się wybrać do 40-osobowej klatki na szczury, by tam w towarzystwie sobie-podobnych dziobać i udawać, że się pracuje. Nie wychylam się więc z moimi pomysłami: „Hej, chodźmy się uczyć do parku, taka piękna pogoda!” albo „Ej, zwalmy się wszyscy na jedno wielkie łóżko z czipsami i piwem i ogarnijmy te cholerne lektury na jutrzejszy wykład” . To nie przejdzie…  wiem.

Horsehead

Problem jest też z tematami rozmów. No bo ile mogę rozmawiać o puszystych kotkach i zachwycać się kwiatkami. Zdaje się, że moje koleżanki z Tajlandii i Indonezji opanowały Women: Know Your Limits Harrego Enfielda w sposób wręcz podręcznikowy. Kazachowie od miesiąca okupują swoje dwa ulubione tematy, czyli koninę i seks. Bez koniny i seksu nie ma życia (no, bez tego drugiego to akurat prawda). Tajki pierwszego tematu się brzydzą, z drugiego – cieszą, rumieniąc się przy tym. Ale znów, na Boga, ile można mówić o koninie i seksie. Kiedy imprezy szkolne są jedna po drugiej i codziennie przewijają się „ojojoj piękny kotek”; „konina”; „seks”; „Borat”; „oj ile nauki na uczelni”… no proszę Państwa, ile można eksplorować te same tematy?! (Przy okazji można było zaobserwować ciekawe zderzenie: Kazachstan, w którym – według miejscowych(!) – seks uprawiany jest jedynie w dwóch pozycjach versus Tajlandia, której seksbiznes widział już tak na prawdę wszystko).

Shop in Koenji district

Tak więc sobie tu wegetuję umysłowo i tęskni mi się do rozmów „normalnych”. Nie mogę rzucić typowego dla imprez tematu „jak wypreparować czaszkę fretki” (no chyba, że chodziłoby o czaszkę konia, to Kazachowie zapewne podjęliby temat), nikt nie ględzi o poprawności politycznej wszywania podszewki w strojach historycznych, nie przynudza o rodzajach whisky, nie podnieca się architekturą, nie rozprawia o gospodarce leśnej, nie opowiada o zorzach polarnych, o balfolkach, łączeniu mózgów szczurów przez naukowców, drukarkach 3D, nikt nie komentuje bieżących informacji ze świata, nie wypowiada się o polityce i ba, nawet pojęcia hejtu raczej nie znają. Z resztą hejt filigranowej Tajce w kokardkach nie przeszedłby przez gardło.

Zdarzyło się raz, że poszliśmy na „nieobowiązkową” (o różnych wariacjach interpretacji słowa „można” przeczytacie tutaj) kolację integracyjną. W połowie imprezy wyraźnie wyodrębniły się dwa ośrodki: nadal trzeźwa po trzech piwach Europa + Kangury z Australii oraz pijana w najlepsze Azja-Pacyfik. W drodze powrotnej do naszego „getta” na Odaibie jedna z Tajek, w chwili ciszy, ni stąd, ni zowąd wypaliła na cały pociąg: „Ej, ale czy wy też macie tu sraczkę każdego dnia?” I… ja nic nie odpowiedziałam (nie mam, nie znam się, nie pomogę…) i udałam się na wewnętrzną emigrację.

Książka o człowieku-dupie
„Oshiri Tantei” czyli „Dupiany Detektyw” z pobliskiej księgarni od małego oswaja dzieci z rozmowami o sraczce w komunikacji miejskiej z pięćdziesięcioma osobami na raz.

Siedzę więc tak i kiszę się w moim „getcie”, mając przy tym świadomość, że gdzieś tam, hen na horyzoncie majaczy mój-normalny-świat i jakaś-Japonia, którą tu zamierzam badać i eksplorować jak-tylko-się-da. Szczęśliwie w chwilach kryzysu zawsze przychodzi mi do głowy złota myśl „burdel w domu, burdel w życiu”; niestety na burdel w życiu nie było chwilowo rady (mikroekonomia, tajski seksbiznes i mięso z konia wisiały nade mną jak kat nad czarownicą), więc lekką-ręką-ciężkim-sercem wydałam jedyne 25000 ¥, ale dzięki temu zabiegowi w końcu zyskałam miejsce do życia. Mój pokój w końcu przestał przypominać brudny, niedofinansowany szpital na zapadłej prowincji. Ufff. Jest ulga, kreatywności można poluzować wodze, niech sobie trochę pobiega…

Pokój - dzień 1-szy

TIEC pokój

Izabela

P.S. Szanowni, to jest bardzo jednostronna historia, która przedstawia moje subiektywne odczucia. To wszystko zmienia się i ewoluuje, więc broń Boże nie bierzcie tego tekstu za jakąś wyrocznię. Ot, anegdotka. Dziewczyny z Tajlandii pewnie mogłyby napisać swoją i byłaby niemniej ciekawa! 😉

* (to z Wikipedii)

Większość osób dotkniętych prokrastynacją to ofiary perfekcjonizmu. Jako że perfekcję osiąga się zwykle metodą prób i błędów, a perfekcjonista nie dopuszcza myśli o błędach, pogrąża się w tym paradoksie, nie robiąc nic. Jednocześnie odwlekanie konkretnej aktywności nie oznacza bezczynności danej osoby, a wręcz przeciwnie, osoba ta z zapałem wykonuje inne zajęcia, nie mające związku z problematycznym zadaniem, rozpraszając przy tym swoją uwagę zamiast koncentrować ją na zadaniu.

  1. Pingback: Społeczeństwo: dyscyplina i posłuszeństwo | Blog z Japonii

  2. Pingback: Obleśny typ. Historie z drogi | Blog z podróży do Japonii

  3. Pingback: Nagashi-somen, czyli spływający makaron. Japońskie przysmaki na lato

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Psst... na tej stronie dostaniesz ciasteczko. (więcej informacji)

Ciasteczka (cookies) to małe pliki tekstowe, które zapisane na twoim komputerze ułatwią przeglądanie stron WWW. Ta strona używa plików cookies w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki dotyczące cookies. Obowiązek poinformowania cię o ciasteczkach nakłada ustawa z dnia 16 listopada 2012 r. o zmianie ustawy Prawo telekomunikacyjne oraz niektórych innych ustaw.

Wszystko jasne, zamknij