Ja i moja Japonia – historia

Japonia. Blog z podróży do Japonii

Moja przygoda z Japonią rozpoczęła się dość nietypowo. Był rok 2003, dopiero co zakończyła się druga wojna w Zatoce Perskiej. Ze względu na zaangażowanie Polskiego Kontyngentu Wojskowego w misję stabilizacyjną w Iraku nasze media zaczęły poświęcać więcej uwagi szerszemu kontekstowi międzynarodowemu całej operacji. Tak też trafiłam na pierwszą wzmiankę o Siłach Samoobrony Japonii. Krótka notka w jakiejś gazecie codziennej informowała o przełomowym w powojennej historii Japonii wydarzeniu – ta szykowała się właśnie do wysłania pierwszego kontyngentu wojskowego do irackiej prowincji Samawa. Autor artykułu powoływał się na zapisy 9. artykułu Konstytucji Japonii, zabraniającego de iure posiadania jakiejkolwiek armii przez Japonię. Czytając to nie wiedziałam jeszcze, że jest to zapis unikalny w skali światowej. Pamiętam, ustawiłam wtedy na półce wielki segregator, do którego wpinałam wszystkie doniesienia prasowe o działaniach Sił Samoobrony w Iraku, drukowałam wiadomości z Internetu i wycinałam kolumny z gazet. Segregator otwierała Konstytucja Japonii z zakreślonym na czerwono pacyfistycznym artykułem 9. Temat zaciekawił mnie tak bardzo, że niedługo później na półce obok stanął drugi segregator. Napis na jego grzbiecie dumnie brzmiał: „Japonia: polityka, historia, kultura”. I tak to się wszystko zaczęło…  🙂

Pierwszą książką, jaką przeczytałam o Japonii była Mitologia Japonii prof. Tubielewicz. Była to jedyna książka o Japonii, jaką znalazłam w domowej biblioteczce. To z niej uczyłam się o Kraju Kwitnącej Wiśni. Do dziś jest cała pokreślona kolorowymi zaznaczeniami, pełna notatek na malutkich marginesach. Kolejne książki – Życie codzienne w Japonii w epoce Samurajów oraz antologia współczesnej poezji japKwitnąca Wiśnia - Kultura Japoniiońskiej Wiśnie rozkwitłe pośród zimy stworzyły tak dziwną mieszankę, że „wpadłam w Japonię” jak śliwka w kompot. Biblioteka miejska w mojej małej, rodzinnej miejscowości miała w owym czasie jeszcze 3-4 pozycje, więc niedługo później zaczęły się regularne wyprawy do innych miast, pierwsze odwiedziny w krakowskiej Mangghdze. Wypożyczone książki, by mogły zostać ze mną dłużej, kserowałam po nocach w zaprzyjaźnionym komisariacie policji…

W międzyczasie, jako projekt zaliczeniowy z informatyki w liceum powstała moja pierwsza strona internetowa. Najpierw na kartce papieru, później w notatniku…

Mój japoński bakcyl rozpanoszył się na dobre, gdy po maturze przyszło pierwsze bach! Zderzenie z rzeczywistością – na moją wymarzoną japonistykę zabrakło mi kilku punktów. Niesamowicie ciężko to przeżyłam, jednak „kiedy Bóg drzwi zamyka to otwiera okno” (ks. Twardowski), w Łodzi powstał nowy kierunek studiów: japonistyka na stosunkach międzynarodowych. Łódź okazała się ciekawym miastem, z dużą ilością wydarzeń, stowarzyszeń, klubów i organizacji związanych z Japonią.  Idealne miejsce do działania 🙂

Na mój pierwszy, samotny, backpackerski wypad do Japonii zdecydowałam się dopiero w 2013 r., wiosną, w czasie kwitnienia sakury. Dowiedziałam się wtedy co znaczy być najszczęśliwszą kobietą na świecie. Ja, Japonia, jedna walizka mieszcząca cały mój dobytek i bilet w ręce. Niczego, niczego więcej nie było mi do szczęścia potrzeba. Radowałam się jak dzik w żołędziach, gdy przemierzywszy shinkansenem setki kilometrów wchodziłam do kolejnej świątyni, tej, o której dawno, dawno temu opowiadała mi w swych książkach profesor Tubielewicz. W końcu mogłam je dotknąć, powąchać, zobaczyć na żywo i porównać w głowie do czarno-białych fotografii na pożółkłym ze starości papierze. A wieczorami, siedząc przy czarce delikatnej zielonej herbaty, zajadając się słodyczami z pasty fasolowej, pisałam do rodziców długie maile, ciężkie od paczek z załączonymi zdjęciami…

japonia.travelingilove.com

Ponieważ na studiach nie brakowało mi dalekowschodnich wrażeń, w mojej pracy naukowej postanowiłam opuścić sferę soft power i pójść w stronę „twardej” Japonii – pracę magisterską napisałam o Siłach Samoobrony (pamiętacie ten segregator założony w 2003 roku? Po siedmiu latach zrobił się wręcz bezcenny!). Zaczęłam pracę w Warszawie (w końcu do biblioteki Ambasady Japonii zrobiło się blisko 😉 ), odbywając w międzyczasie krótki romans z Akademią Obrony Narodowej. Moje kolejne studia zaowocowały ciekawym artykułem (do pobrania tutaj) i serią konferencji. Nadal jestem z nich bardzo dumna, to był kawał dobrej roboty! Zupełnie świadomie (i z dziką pasją) związałam się więc zawodowo z regionem Azji i Pacyfiku oraz kwestiami bezpieczeństwa. Przez ten cały czas przez myśl mi nie przeszło, nawet w najśmielszych marzeniach, że kiedyś polecę do Tokio prezydenckim samolotem i to ja, maluczka, będę oficjalnym przedstawicielem mojego państwa w stosunkach dwustronnych z Japonią. Przy okazji – drobna dygresja – pamiętajcie, że zawsze, w każdej zagranicznej podróży to Wy jesteście przedstawicielami Polski, to Wy kreujecie wizerunek naszego kraju w oczach naszych sąsiadów i innych społeczeństw świata. Niby urlop, wypoczynek, ale jednak odpowiedzialność jest, hm? 🙂

Kilka miesięcy później dostałam list o otrzymaniu stypendium rządu japońskiego i zakwalifikowaniu się na studia. Ja, w Japonii, na rok? Nadal nie do końca byłam w stanie w to uwierzyć, a jednak pakować się trzeba było 🙂 Bałam się, że studia trochę uwiążą mnie w Tokio. Dały mi jednak coś unikalnego – możliwość głębszego poznania Japonii, z tej więcej-niż-podróżniczej i nie tylko językowo-kulturowej strony. By maksymalnie wykorzystać daną mi szansę wymyśliłam projekt: 47 prefektur w 47 tygodni. Ha, to było zbyt ambitne. W końcu udało mi się odwiedzić „prawie połowę” (23 prefektury z 47), co uznałam to za sukces. Tymczasem Tokio okazało się znacznie ciekawszym miejscem do życia, niż się spodziewałam. Choć nadal bardzo ciągnie mnie na japońską wieś, odkrywszy niezwykle zróżnicowany charakter mieszkańców Tokio zakochałam się w nim na dobre. Jest wyjątkowe. Jedyne w swoim rodzaju. Mogę szwendać się jego odległymi od turystycznych szlaków ulicami praktycznie bez końca.

Wyjazd do Japonii na dłużej przyniósł również rozczarowania. Albo inaczej – otworzył oczy na wiele ciemnych stron Japonii. Mieszkając tu i częściowo wrastając w tutejszą tkankę doświadczyłam na własnej skórze jak wielkim kosztem społecznym został okupiony japoński bum gospodarczy. I to, choć bum skończył się już dawno, nadal ma swoje konsekwencje w wielu aspektach japońskiego życia. Rozpad rodziny, poświęcenie całego swojego życia dla pracy w korporacji, nieludzki wręcz sposób traktowania podwładnych przez ich zwierzchników – to wszystko sprawia, że nie jest to kraj lekki i przyjemny do życia. Tego nie doświadczyłam nigdy wcześniej, gdy byłam w Japonii turystycznie i służbo, ani zapewne nie doświadczę nigdy później, gdy będę tu wracać, by odwiedzić stare miejsca i starych znajomych. A wracać będę na pewno, bo Tokio to mój kolejny dom, a do domu zawsze wraca się z radością. Z resztą zostały mi jeszcze 24 prefektury, w których nie byłam 😉

Gdyby ktoś zagadnął tą nastolatkę, układającą starannie w zeszyciku wycinki z gazet, że kiedyś zamieszka w Japonii, zapewne roześmiałaby się tylko… a jednak 🙂

2008

Walczcie o swoje marzenia, bo odwaga i ciężka praca mają olbrzymią siłę. Zobaczycie, że może być lepiej, niż Wam się śniło. Podwińmy rękawy i do roboty! 頑張りましょう!

P.S. Od mojego powrotu z Japonii minęły już prawie trzy lata. Pozdrawiam Was (mam nadzieję tymczasowo) z Warszawy!

Izabela korona

(więcej o mnie, o podróżach i blogowaniu tutaj)

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.