Społeczeństwo: dyscyplina i posłuszeństwo

Japońskie dzieci są bardzo zdyscyplinowane. My również chcielibyśmy takie mieć, o czym świadczą liczne wyrazy zachwytu nad krążącymi po sieci zdjęciami i infografikami pokazującymi japońskie dzieci sprzątające po sobie w szkole, segregujące odpady po wspólnym jedzeniu, porządkujące plac zabaw po wspólnej zabawie. Jakiś czas temu trafiłam też na poniższy (bardzo sympatyczny!) film ilustrujący co najprawdopodobniej stanie się, jeśli niechcący upuścimy portfel obok japońskiego dziecka:

Film jest bardzo budujący i owszem, ja również życzyłabym sobie takiej uczciwości i poczucia bezpieczeństwa wszędzie na świecie, nie tylko w Japonii. Niestety często w naszym zachwycie (nad czymkolwiek, nie tylko nad obcą kulturą) zapominamy o tym, że wszystko ma dwie strony medalu.

Dyscyplina i poczucie kolektywności to pierwsze rzeczy, jakie wpajane są dzieciom od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Niektórzy tłumaczą, że dzieci muszą uczyć się, by robić wszystko razem, bo to zwiększa ich bezpieczeństwo w razie wystąpienia trzęsienia ziemi, tsunami lub innej klęski żywiołowej czy katastrofy. To prawda, spokój i opanowanie Japończyków w sytuacjach kryzysowych również jest czymś, czego można im pozazdrościć. Jednak z drugiej strony, jeśli pierwsza rzecz, jakiej uczą się dzieci w szkole to wtórny instynkt stadny (wymuszona kolektywność) i bezwzględne posłuszeństwo, a nie dla przykładu – ciekawość świata (czego ja bym sobie w systemie edukacji życzyła), to ma to później bezpośrednie przełożenie na całe ich dorosłe życie.

Zdarza się, że Japończycy narzekają na brak zrozumienia ze strony obcokrajowców. Zachowują się wtedy podobnie do zepsutej księżniczki, która dobrowolnie zamknęła się na zamkowej wieży. Powtarzają w kółko, że ludzie z innych kultur nie pojmują ich mentalności i nawet nie podejmują wysiłku zrozumienia sposobu myślenia Japończyków. Cóż, słyszałam kiedyś, że do tanga trzeba dwojga. Japończykom w narzekaniu nie przeszkadza bowiem fakt, że sami nie kiwną palcem, by zrozumieć sposób myślenia ludzi z Zachodu (nie mówiąc nawet o swoich sąsiadach z Azji, których zwyczajnie uważają za dużo gorszych od siebie i niegodnych uwagi).

Japończycy raczej nie są narodem szczególnie ciekawym świata.  Zawsze podkreślają, że dobrze im tu, u siebie. Często argumentują, że są wyspiarzami, że od zawsze byli „inni” i nigdy nie czuli potrzeby wyprawiania się „na kontynent” – tu mają wszystko. Cóż, historia jakby dowodzi czego innego… i to nie tylko historia Japonii (bo gdyby nie wyprawy do Chin i Korei, nie było by tu praktycznie żadnego rozwoju cywilizacji, prócz pewnie kultury Ainów i rolniczych społeczeństw zamieszkujących Kyushu i Shikoku w okresie brązu), ale także historia choćby takiej Grecji, Wielkiej Brytanii, Skandynawów… ludzie jakoś od zawsze potrafili konstruować łodzie. Chcieć znaczy móc. Tylko właśnie, wpierw trzeba chcieć. Japończycy po pierwsze nie chcą ruszyć się z kraju sami z siebie, ale co więcej, są dość odporni na wszelkie próby wypchnięcia ich za granicę siłą. Kiedyś uczestniczyłam w spotkaniu z przedstawicielami Ministerstwa Edukacji. Gimnastyka, jaką uprawiają, by tylko móc zachęcić japońskich studentów do udziału w programach wymiany studenckiej jest zadziwiająca i… wciąż bezowocna. Stypendia finansujące 100% wyjazdu na studia do Europy czy Ameryki Północnej dla wszystkich chętnych bez wyjątku… ech, gdyby tylko w Polsce ministerstwo wpadło na taki pomysł, co by się działo! 😉

Wiecie, jaki jest główny powód niechęci młodych Japończyków do wyjazdu za granicę? Bariera językowa? To również, jednak główny powód to… rozmowy kwalifikacyjne do firm i korporacji, które rok rocznie odbywają się w maju. W ramach idei totalnej kolektywności społeczeństwa wszyscy przeprowadzają rozmowy kwalifikacyjne ze studentami w maju, by zatrudnić ich w… kwietniu następnego roku. Są to tzw. obietnice zatrudnienia, które składa się studentom 3-go roku studiów (jak widać pracę można sobie zapewnić nawet bez ukończonego wyższego wykształcenia). Działa to jednak w dwie strony – jeśli z jakiś powodów nie jesteśmy w stanie znaleźć pracy na 3-cim roku studiów (bo byliśmy za granicą, bo nikt nas nie chciał), nasze szanse na znalezienie pracy w następnej rekrutacji znacząco spadają. Jeśli do 2 lat po ukończeniu studiów nie znajdzie się „swojego kąta” w jakiejś korporacji, żegnaj kariero… witaj McDonaldzie.

„Gwóźdź, który wystaje, prosi się o młotek” – przysłowie japońskie

Ale wróćmy do pierwszego tematu, czyli zdyscyplinowania. Od młodości Japończycy uczą się, że nie wyróżnianie się z tłumu oraz pozostawanie w grupie w każdych okolicznościach to zachowania nie tylko społecznie akceptowane, co pożądane. Ja wiem, ten kraj ma bardzo dużą liczbę ludności. Dodatkowo ta duża liczba ludności skupiona jest tak naprawdę na bardzo niewielkim skrawku lądu – resztę pokrywają lasy i góry, małe miasteczka i wsie wyludniają się na rzecz tokijskiej aglomeracji, więc jeśli wszyscy zaczęliby robić wszystko indywidualnie, powstał by niemały harmider. Ukierunkowanie na grupę, które ktoś kiedyś pięknie nazwał instynktem stada sardynek dominuje później w każdym zachowaniu w dorosłym życiu. Nawet na studiach lub w pracy lepiej jest dla przykładu wyjechać na wakacje ze współpracownikami w ramach zorganizowanych wczasów, niż na własną rękę, z rodziną. Wszystko, co możemy robić razem jest lepsze niż to, co musielibyśmy robić osobno. Jak Minionki.

Japończycy jak Minionki

Dla indywidualistów wychowanych w europejskim systemie wartości, wolności myśli, możliwości wielokierunkowego rozwoju, jaką daje nam nasza kultura, taki system jest jak klatka. Po prostu. Przychodzisz i z rozpędu zderzasz się ze ścianą, a to boli. Społeczeństwo wyuczone jest bezwzględnego posłuszeństwa i postępowania od zakazu do nakazu. Dokładnie tyle i ani kroku dalej. Czasem w złości myślę sobie, że doprawdy nie wiem po co im w Japonii ta cała szumna demokracja, jeśli oni i tak nie mają pojęcia co z nią zrobić; równie dobrze odnaleźliby się w systemie totalitarnym – w końcu tam również wszystko funkcjonuje na zasadzie nakazów i zakazów. Kiedy „chotto muzukashi” (trochę trudne) oznacza „zupełnie niemożliwe” a „rekomendowany” znaczy „obowiązkowy”, to nadal wracamy do systemu, który pewnie sprawdziłby się w niejednym zakładzie karnym.

Wolność słowa? Ale po co komu wolność słowa, jeśli i tak nikt nie mówi tego, co myśli. Gdy jestem już bardzo zła na Japończyków przypomina mi się film Equilibrium (początek opisu filmu na filmwebie zaczyna się od słów: „w przyszłości, w miejscu o nazwie Libria, żyje społeczeństwo, które tłumi wszystkie emocje”…), w którym można było zostać winnym zbrodni odczuwania. Czasem wydaje mi się, że to wcale nie jest science-fiction. To po prostu Japonia w troszeczkę nowocześniejszej formie.

Shiodome the Blade Runner scene

Miałam dziś bardzo dziwne spotkanie. Ja, z wielkim turystycznym plecakiem załadowanym książkami i laptopem, udająca się do jednego z miejskich parków i młoda Polka w drodze na rozmowę kwalifikacyjną do jednej z japońskich korporacji stanęłyśmy w drzwiach zamkniętego peronu kolejki Yurikamome. Kolejka nie jeździła. Biedna, starsza pracownica stacji próbowała poradzić sobie z tłumem, który albo za nic miał jej informacje o nie kursowaniu pociągu, albo zwyczajnie nie rozumiał po japońsku (jest to najbliższa stacja przy międzynarodowych akademikach). Trzeba było zmienić trasę. Na szczęście na moją wyspę pośrodku niczego dojeżdża jeszcze linia Rinkai, więc po drodze na stację Tokyo Teleport miałyśmy chwilę na krótką rozmowę. I powiem Wam, że nie mogę przestać o niej myśleć. Znów poczułam się jak nie z tego świata. Kiedyś myślałam, że to zwyczajnie kwestia różnic kulturowych, że Wschodu z Zachodem nie da się tak po prostu ożenić. Ale wychodzi na to, że to ze mną jest coś nie tak, że to ja, może mój charakter, mój indywidualizm nie radzi sobie w systemie tego ekstremalnie homogenicznego społeczeństwa.

To, że udawała się na rozmowę kwalifikacyjną było widać z daleka. Biała, schludna koszula z kołnierzykiem, czarna marynarka i czarna, gładka ołówkowa spódnica za kolano oraz czarne buty na malutkim obcasiku z zakrytymi palcami to typowy (rekomendowany = jedyny właściwy = jedyny akceptowalny) strój dla wszystkich, którzy udają się na rozmowę kwalifikacyjną o pracę. Zdziwiłam się widząc ją w tym stroju, gdyż właśnie mamy środek Golden Week (taka bardziej wypasiona wersja polskiej majówki), a dziś jest japońskie święto narodowe – Dzień Konstytucji. Dla Polaków mieszkających w Japonii jest to nawet podwójny Dzień Konstytucji (w obu krajach przypada na 3-go maja). W Japonii 3, 4 i 5 maja to święta narodowe – dni wolne od pracy. Kto do cholery idzie na rozmowę kwalifikacyjną w święto narodowe?! Mojego zdziwienia nie dało się ukryć, ale odpowiedź chyba jeszcze bardziej zbiła mnie z tropu: „No tak, a właściwie to co w tym dziwnego?”

(zasadniczo, gdybym chciała odpowiedzieć, to nie wiedziałabym od czego zacząć, bo to wydawało mi się oczywiste – bo jest święto narodowe? Bo rok ma 365 dni i kto zmusza pracowników do przyjścia do pracy i przeprowadzania rozmów kwalifikacyjnych w święta (nawet nie w głupie weekendy, tylko w święta, które w takiej ilości kumulują się tylko raz do roku)? W końcu dlatego, że była to rozmowa o pracę w japońskiej korporacji, która ma się rozpocząć 1 kwietnia 2017 roku, więc jest jeszcze prawie rok, żeby przeprowadzić tą rozmowę nie w dzień świąteczny?)

Moja rozmówczyni była w pełni przekonana, że to normalne i wszystko jest w jak najlepszym porządku. Nie pierwszy i nie ostatni raz zupełnie zbaraniałam. Chyba zdecydowanie coś jest nie tak z moim systemem wartości. Mimowolnie wyobraziłam sobie ją przy jakimś malutkim biureczku koło wejścia lub przy schodach, wciśniętą między ekspres do kawy i kserokopiarkę. Stereotypy. Pamiętacie książkę Amelie Nothomb Z pokorą i uniżeniem? Zdaje się, że od tego czasu chyba niewiele się zmieniło.

Podobno japońskie firmy stawiają teraz na zagranicznych pracowników, którzy nie byli wychowani w japońskim systemie posłuszeństwa i służalczości; takich, którzy nadal potrafią myśleć poza ramką. Pomyślałam – no tak, to zupełnie jak na mojej uczelni. Niby stawia się na współpracę i międzykulturowość, a jednak od wszystkich, w tym studentów z Europy wymaga się instynktu stadnego sardynki. System zakazów, nakazów i rekomendacji reguluje całe życie studenckie, a inicjatywa i kreatywność nie są najmilej widziane. Stawia się na zajęcia grupowe, najlepiej takie, które są dobrze widoczne – jak grupowe pozostawanie po godzinach zajęć lub przychodzenie na uczelnie w weekendy. Ja nigdy nie przepadałam za dzikimi tłumami, ale chyba jeszcze bardziej nie lubię nieefektywności i marnowania czasu. Tutaj niestety jedno i drugie bez przerwy idą w parze.

Salaryman

Kiedyś wpadła mi do rąk książka o salarymanach, w której Japończycy pokazują, zdaje im się, że w pozytywnym świetle, życie typowego pracownika biurowego japońskiej korporacji. Ja natomiast czytając ją śmiałam się przez łzy, bo książka z jednej strony wychwala pełne poświęceń życie współczesnych samurajów biznesu (podkreślając przy tym wyraźnie, że japoński salaryman i amerykański businessman to dwa, zupełnie odmienne style – z czym się zresztą zgadzam), to również, zupełnie niechcący, pokazuje jak głęboko chore są współczesne relacje społeczne, jak wielkim i nieodwracalnym kosztem okupiony został japoński sukces gospodarczy – utratą podstawowych wartości i więzi społecznych, rozpadem rodziny.

Książka ta, do której jeszcze wrócę na blogu, opisuje m.in. typowy dzień salarymana. Po kilkunastu stronach o jego „życiu” następuje opis życia typowej japońskiej żony. Opis ten mieści się na jednej stronie, wraz z obrazkami. Według autora książki stereotypowa żona salarymana wstaje o 6:30, by podać mężowi śniadanie, a następnie zastyga przed telewizorem (dosłownie napisane jest „she stays frozen in front of TV” ) do czasu powrotu męża późnym wieczorem, kiedy może mu podać kolację. To naprawdę wiele mówi o tym, jak społeczeństwo postrzega tych, którzy nie pracują w korporacji (oczywiście pomijam już takie rzeczy, że szanowny autor zapomniał o tym, że dzieci nie odprowadzają się same, dom się sam nie sprząta, zakupy nie robią, pranie nie pierze a obiad się sam nie gotuje). Dosłownie kilka dni temu miałam okazję wybrać się na Tokio Hobby Show – trzydniową imprezę w Tokyo Big Sight, na której na czterech wielkich halach pokazowych mieściły się chyba wszystkie możliwe rodzaje hobby. Organizatorzy podali, że 90 procent osób biorących udział w targach to kobiety. Można się tam było dowiedzieć wszystkiego o szyciu, haftowaniu, zdobieniu, malowaniu, decoupage, układaniu kwiatów i tysiącu innych robótek ręcznych, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia.

Tokyo Hobby Show

Ponownie chcę nawiązać do dzisiejszego spotkania z Polką. W trakcie naszej krótkiej rozmowy padło stwierdzenie, że chyba nie bardzo byłabym w stanie pracować w japońskiej korporacji; za bardzo cenię sobie możliwość swobodnego myślenia i elastycznego działania; nie bardzo radzę sobie w sztywnych ramkach przy „umysłowej taśmie produkcyjnej”, że czasem trzeba dać upust kreatywności. Moja rozmówczyni odparła, że to wcale nie tak; że – dla przykładu – posiadanie hobby jest bardzo dobrze postrzegane w Japonii. Na przykład w  czasie rekrutacji, gdy przekazujemy nasze CV. Tam, w odpowiednim miejscu należy wpisać czym się interesujemy.

Acha. „Należy” , „w odpowiednim miejscu” , „dobrze postrzegane”… No tak, bo zazwyczaj hobby mamy po to, by móc je wpisać do CV, czyż nie? Od zakazu do nakazu… Ręce mi opadły. Wychodzi na to, że można się zjaponizować nawet w dorosłym życiu. Tylko czy możliwa będzie resocjalizacja wtórna? 😉

Ten tekst powstał 3 maja i trafił do „szkiców”. Jeśli w ogóle kiedykolwiek ujrzałby światło dzienne, to zapewne dopiero po moim powrocie do Warszawy. Jednak za sprawą pewnej Maiki z bloga Tokyo Pongi (polecam ♥) i jej dzisiejszej przygody, którą mam nadzieję, że kiedyś opisze, postanowiłam, że nie ma co ukrywać. Różowo nie jest i nigdy nie było – każdy kraj i każde społeczeństwo boryka się ze swoimi problemami, Japonia również. Bez skazy, to są tylko kolorowe obrazki, które media wtłaczają do głów turystom.

Na koniec chciałabym podkreślić – to jest tylko moja opinia (nie, to nie jest analiza), oparta na moich doświadczeniach, spostrzeżeniach i przemyśleniach. Ty możesz mieć inną. Ba, Ty powinieneś mieć inną. W końcu chyba nie jesteś mną, nieprawdaż?

Zachęcam do podzielenia się swoimi uwagami w komentarzach 🙂

Izabela

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Psst... na tej stronie dostaniesz ciasteczko. (więcej informacji)

Ciasteczka (cookies) to małe pliki tekstowe, które zapisane na twoim komputerze ułatwią przeglądanie stron WWW. Ta strona używa plików cookies w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki dotyczące cookies. Obowiązek poinformowania cię o ciasteczkach nakłada ustawa z dnia 16 listopada 2012 r. o zmianie ustawy Prawo telekomunikacyjne oraz niektórych innych ustaw.

Wszystko jasne, zamknij