Tydzień #10 im. Soichiro Honda

„Czy to jest jakiś tydzień Hondy?” – usłyszałam ostatnio od znajomych na facebooku, którzy regularnie bombardowani Hondą w pewnym momencie po prostu nie wytrzymali. „Nie, tylko piszę pracę zaliczeniową”, ale już oddaję książkę, już będzie koniec…

Wiele postów w ogóle by nie powstało, bo moje dnie (i noce!) wypełnia ostatnio mikroekonomia, pisanie wypracowań, tworzenie różnych wariacji konspektów pracy końcowej (oczywiście każdy profesor wymaga innej, dostosowanej do jego szablonu wersji), przygotowywanie i wygłaszanie prezentacji oraz… podtrzymywanie mojej marnej egzystencji w minimalnym zakresie (zauważcie, że nawet japońskiego nie wymieniłam – nie mam czasu na tą przyjemność!). A! Był jeszcze tydzień moich laudacji na temat Soichiro Hondy, nawet na laptopie zagościł jego czerwony „Dream” 🙂

(Uwaga! Idźcie po kawę. To miał być krótki wpis, ale nie wyszło…)

Soichiro Honda (1906-1991) urodził się we wsi  Yamahigashi pod Hamamatsu. Rodzina Hondów nie należała do bogatych – ojciec, Gihei Honda, był kowalem, a matka, Mika, tkaczką. Gdy tylko wracał ze (znienawidzonej) szkoły, musiał zajmować się młodszą siostrą. Często więc brał ją ze sobą i szedł do warsztatu ojca, gdzie pomagał mu w pracy. Pewnego dnia Gihei zaczął prenumerować gazetę poświęconą rowerom i stopniowo wdrożył się w ich naprawę. To był dla Soichiro skok technologiczny – do tej pory naprawiali z ojcem głównie narzędzia rolnicze.

„Idolem” dzieciństwa Soichiro był miejscowy elektryk. Gdy tylko udało mu się zobaczyć go przy pracy, wracał do domu, wspinał się na ramię swojego rosłego wuja i bawił się na jego niepełnej łysinie resztkami włosów, skręcając je i twierdząc, że są to kable…

Gdy Soichiro miał 6 lat dowiedział się, że do sąsiedniej miejscowości przyjechał pierwszy samochód. Uciekł ze szkoły, by tylko móc go zobaczyć. Jak sam później stwierdził, był to przełomowy moment w jego życiu (przypominam: 6 lat. Większość współczesnych dzieci ogląda teraz przytępawe teletubisie). Od tego momentu zapach spalin i krople oleju silnikowego stały się niemal jego afrodyzjakiem.

Nie była to jego ani pierwsza, ani ostatnia ucieczka ze szkoły. Nigdy nie lubił do niej chodzić, bo musiał uczyć się przedmiotów, które go nie interesowały. Gdyby tylko mógł uczyć się tam mechaniki, byłby pierwszy w klasie (z resztą w okresie II wojny światowej, gdy przerzucił się na produkcję pierścieni tłokowych, nie mając żadnego pojęcia o metalurgii, zapisał się na uniwersytet jako wolny słuchacz; notował wszystko, co mu było potrzebne do produkcji pierścieni i tylko… na egzaminy nigdy nie przychodził, bo i po co. W końcu nie chodziło mu o uzyskanie tytułu).

Pewnego razu Soichiro nie dość, że uciekł do innej miejscowości, gdy dowiedział się, że wylądował tam samolot, lecz by tego dokonać, musiał jeszcze ukraść ojcu jego rower. Był zbyt mały, by móc usiąść na siodełku i dosięgnać do pedałów, więc całą drogę przejechał na stojąco. Na miejscu okazało się, że by zobaczyć samolot trzeba było zapłacić niemałe pieniądze, których jak zwykle nie miał. Wspiął się więc na drzewo i stamtąd podziwiał „wspaniałą maszynę”. Gdy wrócił, spodziewał się, że czeka go niezłe manto od ojca, ten jednak był pod wrażeniem jego determinacji. Tym razem upiekło się młodemu 😉

Soichiro Honda ukończył jedynie gimnazjum, wspominając w swoich pamiętnikach jak wiele trudu mu to sprawiło (w ciągu swojego późniejszego życia wolał oglądać telewizję, byle by tylko nie musieć czytać; z poprawnym pisaniem znaków też nie szło mu najlepiej… 😉 ). Gdy Soichiro miał 15 lat, zobaczył w rowerowej gazecie ojca ogłoszenie informujące, że tokijski warsztat samochodowy Art Shokai poszukuje praktykantów. Nie wahał się wcale (choć jego matka była temu przeciwna, ale kto by tam baby słuchał) i z wielkimi nadziejami ruszył „do miasta”. Jego początkowe lata, jako najmłodszego praktykanta, polegały na… opiece nad dziećmi szefa. Nie dość, że był wytykany palcami przez starszych praktykantów, to jeszcze przy jego zupełnym braku cierpliwości, wielokrotnie myślał, by zwyczajnie dać stamtąd nogę (ale co ojciec na to!). Szczęśliwie po dwóch latach zaczął dostawać pierwsze, „pomocnicze” zadania w warsztacie. Ponieważ była z niego cholernie zdolna bestia, szybko awansował na głównego mechanika, a po 6 latach szef zaproponował mu otworzenie własnego oddziału Art Shokai w Hamamastu. Pozyskanie klientów dla nowej, nieznanej firmy naprawczej nie było łatwe, jednak plotka o doskonałej jakości usługach szybko rozeszła się po okolicy. W wieku 22 lat miał swój własny warsztat, 50 pracowników i około 50 patentów na swoje wynalazki. I się zaczęło 🙂

Honda model współczesny

Honda nigdy nie żałował kasy na przyjemności. Gejsze, sake, zagraniczne samochody, by tylko móc się „pokazać” – to jest to! Kiedyś, w czasie pijackiej imprezy, wyrzucił jedną gejszę przez okno, ta jednak zaplątała się w kable elektryczne wiszące za oknem i… zaczęło iskrzyć. Cóż, po tym się przynajmniej zorientował, że coś chyba zrobił nie tak. Wciągnął ją z powrotem, podobno przeżyła i „nadal pozostali przyjaciółmi”. No nie wiem 😉 Spędzał z gejszami tyle czasu, że zdołał opanować kilka wykonywanych tylko przez gejsze pieśni, tańców i melodii, którymi lubił się chwalić gdy tylko miał okoliczność. W swoich późniejszych latach życia Honda wielokrotnie podkreślał wagę efektywności pracy. Efektywność pracy – w jego rozumieniu – polegała na maksymalnym wykorzystaniu czasu pracy, by móc spędzisz resztę dnia na rzeczy naprawdę istotnej – czyli radości życia 😉 Uważał również, że niezwykle istotnym elementem, podnoszącym jakość i efektywność pracy jest… poczucie humoru (nie wiem, czy „elektryczna gejsza” również je miała aż w takim zakresie). Twierdził, że człowiek nie jest maszyną, więc nuży się i zaczyna pracować niedbale. Zapobiec temu miało właśnie… poczucie humoru.

Kilka lat po otwarciu warsztatu, w czasie wręcz najgorszym na rozpoczęcie jakiegokolwiek biznesu (wojna; niedobory surowców i w ogóle wszelkich produktów, ograniczenia rządowe) postanowił zamknąć świetnie prosperujący biznes i zająć się produkcją pierścieni tłokowych, o których nie miał zielonego pojęcia. Ot, tak, po prostu. Sam twierdzi, że podjął ten krok, ponieważ nie chciał tworzyć konkurencji swoim byłym pracownikom, którzy „poszli na swoje” i otworzyli własne warsztaty samochodowe, choć moim zdaniem był po prostu sobą; typowym Hondą – znudziło mu się, to sobie poszedł. Miał też wielkie ambicje, a przecież wielcy producenci i użytkownicy samochodów z Ameryki nie przyjadą do jego warsztatu w Hamamatsu, by mógł naprawiać ich samochody… więc na co komu taki skromny biznes. Produkcja pierścieni tłokowych szła mu jak… krew z nosa. Praktycznie prawie zamieszkał w fabryce, choć przy braku elementarnej wiedzy nie na wiele się to zdało. Po dwóch latach prób i błędów w końcu udało się wyprodukować przyzwoitej jakości pierścienie, które chętnie kupowała Toyota. Lecz i w tej firmie nie wytrzymał długo. Nie mógł znieść, ze ktoś mówił mu co i jak ma produkować. Zaraz po zakończeniu wojny sprzedał wszystkie swoje udziały Toyocie i… postanowił zostać pasożytem. Tak na chwilkę.

„Kochanie, od teraz ty będziesz nas utrzymywała” – oświadczył swojej żonie, którą chyba i tak całe swoje życie miał w głębokim poważaniu. Żona Hondy pochodziła z rolniczej rodziny, więc zrobiła to, co mogła – przekopała kawałek ziemi za domem i zaczęła hodować warzywa. Jej rodzice mieli gospodarstwo, więc od czasu do czasu udawało jej się dostać trochę ryżu dla… trójki ich dzieci. Soichiro, dla odmiany wydał wszystkie swoje oszczędności kupując „na lewo” olbrzymie ilości sake od lokalnego wytwórcy. Następnie mieszał je (czytaj: kazał żonie, by zmieszała je) z ziołami i przyprawami, by nadać trunkowi smak whisky i… bawił się w najlepsze co noc, spraszając do domu niemałe towarzystwo…

Ponieważ w owym czasie wszystkiego brakowało, w tym również soli, a Honda miał głowę nie od parady, pewnego dnia wymyślił i skonstruował maszynę do pozyskiwania soli z wody morskiej. Jego maszyna – wyposażona w silnik elektryczny – była znacznie sprawniejsza od innych, podobnych „wynalazków”. Na produkcji soli Soichiro mógł więc zarabiać na sake. Tylko do domu soli nigdy nie przyniósł. Bo i po co? W czasie, gdy jeszcze był właścicielem fabryki też nie kłopotał się przynoszeniem do domu pieniędzy. Jego żona, gdy nie mogła związać końca z końcem – musiała prosić jego pracowników o pożyczki, by wykarmić trójkę dzieci… a Soichiro miał w tym czasie do wykarmienia kilka zawsze głodnych silników swoich zagranicznych samochodów (w tym czasie mało kto słyszał, by ktoś miał samochód prywatny, a co dopiero kilka – dla własnej przyjemności).

Powojenna Japonia była doszczętnie zniszczona. Problem zaczęło stanowić także zdobycie paliwa, dlatego większość osób poruszała się rowerami. Honda wpadł więc na kolejny genialny pomysł, by wykorzystać silniki ze starych radiogeneratorów wojskowych, porozrzucanych po całym kraju i stworzyć pierwszy… motorower. Motorowery przyjęły się w powojennej Japonii świetnie – był to w tym czasie jedyny środek transportu, który znacznie ułatwiał życie. Problemem było natomiast jak sprzedać ten wynalazek… kobietom. Pewnego dnia poprosił więc swoją żonę, by ubrała najlepsze spodnie i pojeździła kilka godzin na rowerze na ruchliwej ulicy przed domem. Twierdził później, że skonstruował motorower, bo nie mógł patrzeć, jak jego żona trudzi się pedałując codziennie na zakupy, lecz – jak ona sama twierdzi – chodziło mu tylko o sprawdzenie, czy kobiety również są w stanie taki motorower prowadzić…

Motorowery rozchodziły się jak świeże bułeczki, zarówno w legalnych sklepach, jak i przez handlarzy na tzw. „czarnym rynku”. Niestety w pewnym momencie skończyły się… silniki z generatorów radiowych. Wtedy Honda, jak to Honda – szalony wynalazca – zamknął się w fabryce i postanowił nie wychodzić, póki nie skonstruuje własnego silnika. Ponieważ praktycznie zamieszkał w fabryce, nie opłacało mu się wracać do domu na noc (i ja to rozumiem). Nie rozumiała tego natomiast lokalna ludność, która nie dawała życia jego żonie twierdząc, że jak stary Honda nie wraca na noc, to na pewno ma kochankę (bo jak chlał w domu co noc i szlajał się z gejszami, to wszystko było w porządku, tak się robi). Stary Honda stwierdził więc, że dosyć tego dobrego (a raczej – po prostu mu się to znudziło, jak zwykle) i czas przeprowadzić się do wielkomiejskiego Tokio. Tu powstała Honda Motor Co., z ukochanym departamentem Hondy, czyli Research & Developement (badania i rozwój). Powstał pierwszy motor, zwany marzeniem (Dream), pierwsze bolidy sportowe i motory przeznaczone na wyścigi, pierwsze samochody.

Dalsza historia Hondy jest niemniej barwna (ten to niezłym gagatkiem został do końca swoich dni 😉 ), jednak chcę zostawić Was z niedosytem (czyt. tak naprawdę muszę wrócić do nauki mikroekonomii), byście sami zagłębili się w jego historię.

Honda lubił ubarwiać historie ze swojego życia.
Honda: „Test silnika okazał się takim sukcesem, że staliśmy wraz z kierowcą w ulewnym deszczu, ściskając się i nie kryjąc naszych łez radości”.
Kierowca: „Lało jak z cebra (i dzięki Bogu, bo dzięki temu silnik się nie przegrzał i nie stanął). Byłem przemoczony do suchej nitki, więc gdy „Stary” (Honda) nadszedł, tylko uścisnęliśmy sobie dłonie”.

Jeśli zainteresujecie się dalszymi losami Soichiro, przeczytacie również, jak przewoził z Europy w bagażu podręcznym części motocyklowe włoskich firm, a gdy przekroczył limit wagowy po prostu ubrał na siebie wszystkie swoje ubrania (czyżby protoplasta współczesnych pasażerów Raynaira? 😉 ), o tym, że jego ulubiony, czerwony kolor był niedozwolony dla samochodów w powojennej Japonii, i wiele innych historii, których już dziś Wam nie opowiem.

Jeśli uda Wam się kiedyś dostać książkę Dreams into Action, wydanej przez Honda Foundation, nie wahajcie się ani chwili, tylko bierzcie!

Honda Dreams into Action

Ostatnim marzeniem Hondy było stworzenie japońskiego samolotu pasażerskiego. Do tej pory Japonia produkowała z powodzeniem części samolotowe (czy wiecie, że np. amerykański Boeing lata na japońskich skrzydłach?). Otóż wszystko zmieniło się w zeszłym miesiącu. W prawdzie nie Honda, a Mitsubishi Heavy Industries, przeprowadziło pierwszy od 50. lat, próbny lot japońskiego samolotu pasażerskiego – Mitsubishi Regional Jet. Trzymam kciuki z całych sił za produkcję i sprzedaż modelu. Powiem Wam, że gospodarka japońska jest w tak opłakanym stanie, że gdyby mieli takie problemy, jak Grecja, to chyba umarliby ze szczęścia! Jest fatalnie, ale ponieważ Japonia „nie może stracić twarzy”, o większości problemów na zewnątrz się nie rozmawia. Japonia nadal pompuje dużą ilość kasy na pomoc zagraniczną, w tym m.in. Ukrainie. Kasę, którą sama pożycza od innych… ale o tym może innym razem.

Podobało Wam się?
Mam nadzieję, że tak. A, zapomniałabym! Jeśli macie znajomych, którzy jeżdżą Hondą, zarówno tą jedno-, jak i dwuśladową, podeślijcie im tą historię, może im się spodoba 🙂

Izabela

  1. Świetny wpis 🙂 Szczególnie mi się podoba ta część o efektywności życia 😉

  2. Sam miałem dwie Hondy i Soichiro to mój idol. Właśnie za podejcie do życia.

  3. Asia | Byłem tu. Tony Halik.

    Z japońskich motocyklowych marek najbliższa mi jest jest Yamaha. Może dlatego, że na próbach chóru godzinami wpatrywałam się w logo Yamahy – trzy skrzyżowane kamertony – na elektronicznym pianinie, które nam akompaniowało. 😛

    • O nieeee, Yamahy to pewnie świetne motocykle, ale fortepiany (a przynajmniej te prawdziwe) robią straszne. Wszystkie są takie same, z fabryki i bez duszy. No a jak tu grać na instrumencie, który nie ma duszy? 😉

  4. Gdzie można nabyć tę książkę. 🙂 Jestem fanem marki,w internecie nic na jej temat nie znalazłem. Pozdrawiam 😉

    • Z tym może być drobny problem – ja dostałam ją od Honda Foundation.
      Może po prostu warto do nich napisać bezpośrednio, czasem mogą wysłać pocztą 🙂

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Psst... na tej stronie dostaniesz ciasteczko. (więcej informacji)

Ciasteczka (cookies) to małe pliki tekstowe, które zapisane na twoim komputerze ułatwią przeglądanie stron WWW. Ta strona używa plików cookies w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz zmienić ustawienia przeglądarki dotyczące cookies. Obowiązek poinformowania cię o ciasteczkach nakłada ustawa z dnia 16 listopada 2012 r. o zmianie ustawy Prawo telekomunikacyjne oraz niektórych innych ustaw.

Wszystko jasne, zamknij